czwartek, 1 marca 2012

Kartka z kalendarza

9 marca 1974

Debiut Bad Company
Wokalista Paul Rodgers i perkusista Simon Kirke z grupy Free, wraz z gitarzystą Mickiem Ralphsem i basistą Bozem Burrellem, zaliczają swój debiutancki koncert w mieście Newcastle–Upon–Tyne w Anglii. Przyjmują nazwę Bad Company i podpisują kontrakt z Island Records.
Trzy miesiące później nagrywają swój debiutancki album. Ten longplay w najbliższym czasie spędzi sporo czasu na listach przebojów i okaże się dużym sukcesem.
Paweł Urbaniec

Peter Gabriel vs. Phil Collins za mikrofonem Genesis


Kto wie, jak dzisiaj wyglądałoby Genesis, gdyby Peter Gabriel nie postanowił odejść od zespołu i rozpocząć karierę solową. Czy zespół konsekwentnie brnąłby w rock progresywny, czy stałby się największą konkurencją dla Emerson, Lake And Palmer? Tak się jednak nie stało, Gabriel odszedł, a na jego miejsce wszedł perkusista, Phil Collins. Stawiamy więc na celowniku tych dwóch wielkich wokalistów i postaramy się rozstrzygnąć, który lepiej spisał się w roli wokalisty Genesis. 

1.      Wokal

Brzmienia głosów Gabriela i Collinsa są właściwie podobne. Przypuszczam, że niewtajemniczeni słuchający płyty Genesis nie od razu dostrzegliby zmiany wokalisty z biegiem lat istnienia grupy. Dzięki temu, Collins dobrze uzupełniał wokal Gabriela, wzbogacając tym samym muzykę. Barwa głosu Petera jest czysta, a z biegiem lat zaczyna się przez nią przebijać ta piękna chrypka, która jeszcze bardziej urozmaica jego śpiew. Trzeba jednak przyznać, że to Collins we wczesnych latach Genesis wykonywał cięższe partie wokalne, co jest szczególne widoczne podczas nagrań koncertowych zespołu.
Początkowo Collins musiał zapełnić wielką lukę pozostawioną po Gabrielu. Dopiero po przesłuchaniu około 400 wokalistów zdecydowano się obsadzić perkusistę w rolę wokalisty. Świetnie sobie z tym poradził, mówiono nawet, że Phil Collins „brzmiał jak Gabriel bardziej niż sam Gabriel”. Po dziś dzień brzmi tak samo jak na albumach sprzed 30 lat.
Mimo podobnych głosów panów, przydzielenie punktu nie stanowi problemu. Za „technikę” punkt otrzymuje Collins.

Gabriel 0:1 Collins


2.      Występy. Show

Koncerty Genesis urozmaicała zawsze pomysłowość Gabriela w kwestiach oprawy scenicznej. Przebierając się parę razy w trakcie pokazu w różne kostiumy i wykorzystując niezliczone rekwizyty, wokalista pokonywał swoją nieśmiałość przed światłami reflektorów. Taktyka ta dawała mu zajęcie na scenie podczas długich partii instrumentalnych grupy. Do jego najbardziej wymyślnych strojów zaliczają się podstawowe uzbrojenie rycerza Brytanii czy przebranie potwora pokrytego guzami. Koncerty wzbogacały dodatkowo lasery, skomplikowane oświetlenie i projekcje na tylnym ekranie.
Co prawda, Collins nie skupiał się na ubiorze i cała oprawa koncertowa zanikła razem z Gabrielem, ale Collins za mikrofonem tworzył lepszy kontakt z publicznością. Im dłużej zespół tworzył muzykę, tym piosenki bardziej sprzyjały „zabawie” na koncercie, a nie tylko słuchaniu. Objęcie przez Collinsa roli wokalisty stworzyła konieczność ustawiania dwóch perkusji na koncertach, co byłą pewną atrakcją. Nie na każdym koncercie można usłyszeć solówkę na dwóch zestawach perkusyjnych urozmaiconą dodatkowo grą na np. krzesłach barowych. Stałym elementem były też akrobacje wokalisty z tamburynem w roli głównej.
Jednak, to koncerty Genesis za czasów Gabriela należały do tych bardziej zapadających w pamięć, zatem punkt zostaje przyznany Peterowi.

Gabriel 1:1 Collins


3.      Sukces komercyjny.

Początek lat 70. był czasem rocka progresywnego. Zespoły takie jak Yes, King Crimson czy Emerson, Lake And Palmer cieszyły się dużą popularnością. Do czołówki tej grupy należało również Genesis. Zespół okresu gabrielowskiego osiągnął szczyt popularności w 1973 roku za sprawą Selling England By The Pound, które wspięło się na trzecie miejsce brytyjskiej listy przebojów. Kolejny i ostatni album z Gabrielem, The Lamb Lies Down On Broadway, miał nieco mniej szczęścia, dochodząc „zaledwie” do dziesiątej pozycji, choć dzisiaj jest bardziej doceniany niż poprzednik.
Lata osiemdziesiąte były złotą erą dla Genesis. Po odejściu Steve’a Hacketta, zespół skierował się w bardziej popowym kierunku. Zagorzali fani uważają płyty nagrane po odejściu gitarzysty za zbyt komercyjne, nie mające nic wspólnego z prawdziwym Genesis. Jednak, to te właśnie zdobyły międzynarodowy sukces. Popularność zespołu znacznie wzrosła. Utwory faktycznie nie były już tak ambitne, jednak sprzedały się sześciokrotnie lepiej niż poprzednie.
Nie ma co do tego żadnych wątpliwości, że spór w tym przypadku wygrywa zespół z Collinsem na czele.

Gabriel 1:2 Collins


4.      Muzyka

Chociaż wkład Gabriela w tworzenie muzyki ograniczał się zazwyczaj jedynie do pisania tekstów utworów, można wyraźnie dostrzec różnicę między brzmieniem Genesis za jego kadencji, a tym po jego odejściu, a szczególnie po opuszczeniu zespołu jeszcze przez Steve’a Hacketta w 1977 roku. Większość nagrywanych utworów była znacznie rozbudowana, osiągając kilkanaście minut, a Supper’s Ready trwał nawet 22 minuty! Taka długość kawałków dawała im możliwość na spokojne rozwinięcie i urozmaicenie, wykorzystując nieraz parę różnych motywów wzbogaconych ciekawymi przejściami. Większość albumów z czasów gabrielowskich, jak chociażby Foxtrot, było albumami koncepcyjnymi, co było zasługą wokalisty, który pomysły na własne historie czerpał ze starej angielskiej literatury. Z tych powodów starszą twórczość Genesis często nazywa się ambitniejszą.
Faktycznie, jeśli chodzi o długość utworów, to Gabriel ma przewagę. Jednak, „łatwiejsze” do słuchania są utwory już bez jego obecności. Po odejściu Gabriela, a potem Hacketta, odpowiedzialność za komponowanie utworów była właściwie wyrównana dla wszystkich członków zespołu. To w tym składzie powstały wszystkie przeboje jak chociażby płyty z samymi hitami Invisible Touch lub We Can’t Dance. Nie znaczy to, że zespół stał się zupełnie prosty i próżny. Wspaniałe Domino świadczy o tym, że dalej lubi eksperymentować, mieszając to jednak w bardziej melodyjną całość.
Można by toczyć bezustanne spory na temat wyższości jednego rodzaju muzyki nad drugim, jednak de gustibus non est disputandum, więc ogłaszamy w tym punkcie remis.

Gabriel 2:3 Collins


5.       Powszechność dziś

Niestety, w dzisiejszych czasach niewiele już osób docenia magię dźwięków rocka progresywnego, chociaż nie można powiedzieć, że ta muzyka poszła zupełnie w zapomnienie. Jednak, prawda jest taka, że mówiąc hasło „Genesis” przychodzą nam do głowy przeboje grupy spopularyzowane za czasów Collinsa. Mimo to, dla koneserów prog-rocka, stare Genesis będzie miało specjalne miejsce w ich sercach. Dzisiaj płyty zespołu z tego okresu zaszczycają swoją obecnością listy najlepszych albumów historii rocka, a prym wśród nich wiedzie The Lamb Lies Down On Broadway, znajdując się wysoko w zestawieniach najlepszych krążków rocka progresywnego czy albumów koncepcyjnych.
Rzeczywiście mało kto wie, jak kiedyś wyglądało Genesis. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że Phil Collins zaczynał karierę od grania na perkusji, a wokalistą został zupełnym przypadkiem i wcale tego nie chciał. Wszyscy znają Land Of Confusion (wielu niestety z jakiegoś współczesnego coveru) czy Tonight, Tonight. Odnoszę wrażenie, że płyty bez Gabriela nadają się dla każdego do słuchania, są na tyle przyjemne i w pewnym sensie neutralne, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. Ponadto nie odczuwa się minionych już trzydziestu lat od ich nagrania. Co się nie tyczy jednak ery gabrielowskiej. To trzeba po prostu lubić.
I w tym przypadku wynik jest chyba oczywisty. Punkt otrzymuje Collins.

Gabriel 2:4 Collins


Wygrana tu jest oczywista. Jednak, zabierając się za to ćwiczenie trudno było przewidzieć, jaki będzie wynik. Oczywiście, nie jest to najbardziej obiektywna ocena i zrozumiałe jest to, że są osoby które się z nami nie zgodzą. Biorąc pod uwagę te podstawowe aspekty wydają się to być poprawne wnioski. Wygrana Phila Collinsa w niczym nie ujmuje szalenie ważnej roli Petera Gabriela w zespole i tego, w jaki sposób pomógł on ukształtować wizerunek dzisiejszego Genesis. Można powiedzieć, że zespół bardziej się rozwinął za czasów Collinsa i dzięki niemu zyskał znacznie większe grono fanów. Dlatego przewaga Collinsa wydaje się słuszna.
Ewa i Ula Nieścioruk

Kobiecy punkt widzenia: Whitney Houston


Wybór tematu do marcowego numeru był oczywisty. Wydarzenie z 11 lutego wstrząsnęło światem muzyki. Może nie jest to mój ulubiony gatunek muzyczny, ale niezaprzeczalnie był to świetny pop czy R&B. Niesamowita kobieta, która przetarła drogę do sławy i świata muzyki dla czarnoskórych piosenkarek, ułatwiając im nie tylko przebicie się, ale zapewniając silną pozycję i ogromne wpływy.
Była pierwszą afroamerykańską gwiazdą, która pojawiała się regularnie w MTV. Wielkość jej sukcesu podkreśla fakt, że lata 80. były zdominowane nie dość, że przez białych, to na dodatek przez rock. Jej jednak się udało. I to jak! Debiutancki album stał się najlepiej sprzedającym się debiutem,7 singli docierało na pierwsze miejsca na liście Billboardu. Była nie tylko piosenkarką, chociaż wydaje mi się, że to wychodziło jej najlepiej. Autorka piosenek, producentka filmowa i aktorka oraz była modelka - tyle talentu i wdzięku w jednej osobie. Lata 90. minęły pod znakiem Bodyguard, nie znam nikogo, kto by nie widział tego filmu, Whitney gra tam poniekąd samą siebie. W filmie grana przez nią gwiazda pop robi oszałamiającą karierę dzięki swoim porywającym i wpadającym w ucho piosenką. Dla nikogo nie było chyba zaskoczeniem, że soundtrack z tego filmu stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych i zagwarantował Houston niepodważalną pozycję w świecie muzyki. Jest to najczęściej kupowana płyta z muzyką filmową w dziejach. 
Whitney była skazana na karierę piosenkarki - jej mama oraz "ciotki" były jednymi z bardziej znaczących piosenkarek gospel, a jej matką chrzestną była Aretha Franklin. Od dziecka pracowała z najlepszymi. Jej solowe produkcje jak i gościnne występy za każdym razem okazywały się strzałem w dziesiątkę. Tak było aż do album Just Whitney wydanego w 2002, a potem płyty utrzymywał się na dobrym poziomie, ale niestety nie było to nic niesamowitego.
Jej kariera zaczęła się załamywać. Alkohol, narkotyki i wszystko, co najgorsze przyszło na raz. Dodatkowo jej mąż, Bobby Brown, nie pomagał w dramatycznej sytuacji, a wręcz ją pogarszał. W 2006 Whitney wyszła z odwyku, rozwiodła się z Bobbym. Po rozwodzie dostała prawa rodzicielskie nad Bobbi Kristiną (ich jedyną córką). Houston zaczęła mozolny proces odzyskiwania sławy i dobrego imienia. Ogromna ilość występów gościnnych oraz praca nad nową płytą całkowicie pochłaniała jej czas. Wydanie kompilacji wszystkich hitowych singli na jednym krążku pomogło w przypomnieniu o sobie ogromnej ilości fanów. Nowy album I Look To You wydany w 2009 został świetnie przyjęty przez krytyków. Wywiad, na który Whitney została zaproszona do programu Oprah Winfrey był jednym z najbardziej oczekiwanych wywiadów w historii programu. Szczerością wypowiedzi i otwartością podbiła serca tysięcy widzów. Bez ogródek opowiedziała o swojej przygodzie z narkotykami, mężu, odwyku. Wszystko stało się jasne i oczywiste.
Po 10 latach przerwy rozpoczęła w grudniu 2009 trasę koncertową w ramach której zagrała 50 koncertów. Na każdy z nich bilety wyprzedawały się w zastraszającym tempie. Jednak, po pierwszych koncertach słabe recenzje i nienajlepsza forma artystki poddały pod wątpliwość kontynuowanie tak długiej trasy. Wszystko odbyło się zgodnie z planem, jednak nie było to najbardziej udane przedsięwzięcie. 
Na początku roku została zaangażowana do remake'u  hitowego filmu Sparkley.  Była to pierwsza od 16 lat rola Whitney. Niestety okazała się też ostatnią. 9 lutego nagrywała i śpiewała do filmu, a dwa dni później znaleziono ją nieżywą w hotelu w Beverly Hills. Prawdopodobnie przyczyną śmierci było utopienie na skutek przedawkowania leków i alkoholu.
Co tu dużo pisać. Jest to kolejna historia zmarnowanej kariery. Ta niestety nie kończy się happy endem, a wręcz tragicznie. Whitney pokazała nam, jak bardzo można się zniszczyć. Na jej pogrzebie odtworzono jej największy przebój I Will Always Love You  i chcielibyśmy ją zapamiętać właśnie z czasów tego hitu. Niepodważalna wielkość, charyzma i ogrooooomny talent.
Martyna Sołtysiak

Stary człowiek i nie może


Wydarzenia ostatnich tygodni dały mi dużo do myślenia o życiu, starości i nieodwracalnych zmianach. Po pierwsze wyprowadziłem się z domu, po drugie zmarła Whitney Huston, po trzecie usłyszałem na żywo utwory pisane przez samego Iana Curtisa, nie mówiąc już o tym, że w moim domu zagościła dawno już przeze mnie zapomniana muzyka zespołu Nirvana. W tym właśnie czasie moją uwagę przykuło nazwisko człowieka, a w zasadzie sam człowiek, tym bardziej, że padało ono przy okazji nazwiska May i zespołu Queen. Adam Lambert.
Wujek Google i ciocia Wikipedia pomogły mi ustalić jego historię, dotychczasowe osiągnięcia, zainteresowania, a nawet orientację seksualną. Lambert ma trzydzieści lat, zajął drugie miejsce w ósmej edycji amerykańskiego Idola, w finale zaśpiewał z zespołem Queen utwór We Are The Champions i myślę, że tu jest pies pogrzebany. Skąd w ogóle temat?
Jakiś czas temu mieliśmy okazję słuchać projektu Queen + Paul Rodgers. W listopadzie roku 2011 w Belfaście odbył się, krótki, bo zagrali jedynie trzy utwory (Show Must Go On, We Will Rock You i We Are The Champions), występ Queen z właśnie Adamem Lambertem na wokalu. Poznawszy historię tego muzyka, byłem ogromnie ciekaw, co spowodowało, że legenda formatu Queen zdecydowała się rozpocząć współpracę z takim artystą. Owszem, jego solowa kariera nabrała rozpędu odkąd wydał debiutancki album pół roku po wspomnianym występie w amerykańskim Idolu i oczywiście otarł się o Grammy w zeszłym roku. Już w trakcie projektu Queen z Rodgersem miałem duże obawy o efek,t a w tym momencie, gdy Brian May i spółka mają zamiar z kolegą Lambertem ruszyć we wspólną trasę, trzęsę się z przerażenia. Niezależnie od zachwytów Simona Cowella nad umiejętnościami wokalnymi Lamberta nadal uważam, że jest to jedynie wokalista popowy, który nadaje się zdecydowanie do wykonywania utworów typu Whataya Want From Me.
Jedna rzecz mnie zastanawia i zasmuca jednocześnie. Freddie Mercury zmarł dwadzieścia lat temu i bez wątpienia był jednym z najwybitniejszych wokalistów w historii muzyki rozrywkowej. Banałem jest stwierdzenie, że jego odejście bezpowrotnie zamknęło pewną erę działalności grupy, jednak uważam, że zastąpić się go nie da. To powoduje, że sytuacja Queen jest dość trudna. Rozumiem tęsknotę leciwego już Briana Maya za występami przed tysiącami fanów, ale w sytuacji, gdy podejmuje tak rozpaczliwe decyzje jak współpraca z Lambertem może okazać się, że ich Show dość szybko dobiegnie końca.
Michał Piotrowski

Powtórka z rozrywki: Louie Louie


Wybierając utwór Louie Louie nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak zawirowana jest jego historia. Otóż, z nieznanego powodu stała się pewnym hymnem dla każdego debiutującego zespołu. Od momentu jego powstania w 1955 roku, niemal nieustannie był nagrywany. Nazywany był najbardziej nieprzyzwoitą, obsceniczną piosenką, jednym z najlepszych popowych utworów, pierwszym punkowym utworem i utworem będącym łącznikiem między rock’n’rollem lat pięćdziesiątych i hard rockiem lat sześćdziesiątych. Nieznana jest dokładna liczba jego nagrań, jednak utrzymuje się w granicach półtora tysiąca. Jedynie Yesterday McCartneya prześciga go w tym rokowaniu.
Początek istnienia piosenki rozkręcał się skromnie. Został napisany przez Richarda Berry na serwetce między nagrywaniem „poważniejszego” materiału. Opowiada o marynarzu, który tęskni za swoją ukochaną, barmanką Louie na Jamajce. Sukcesu jednak nie odniosła i muzyk został zmuszony sprzedać prawa do utworu za 750 dolarów, by przeznaczyć pieniądze na własny ślub. O dziwo, utwór nie został odstawiony w kąt i stał się całkiem popularny wśród garażowych zespołów w północno-zachodniej części Stanów Zjednoczonych.
Rockin’ Robin Roberts był pierwszym, który nagrał bardziej rock‘n’rollowy cover Louie, a nie rhythm & blues, ale odniósł sukces jedynie w okolicach Seattle. Jednak, dzięki jego nagraniu, zespół The Kingsmen postanowił nagrać swoją wersję, która odniosła międzynarodowy sukces. Utrzymywała się na drugim miejscu list przebojów przez sześć tygodni. No i tu nasuwa się pytanie, dlaczego nie doszła do miejsca pierwszego. Otóż, oczywiście dlatego, że posiadała nieprzyzwoite i sprośne aluzje, których tak naprawdę tam nie było. Poważną sprawą zajęło się FBI, które na koncertach zespołu stało pod sceną i starało się wychwycić słowa, które były sprzeczne z zasadami moralnymi każdego szanującego się człowieka. Ponadto, piosenka została całkowicie zakazana w stanie Indiana z tego właśnie powodu. Po dwóch latach ciężkiego śledztwa, FBI postanowiło porzucić sprawę, która była właściwie nie do rozwiązania z powodu niewyraźnej dykcji wokalisty.
Mniej więcej w tym samym czasie Paul Reverre & The Raiders nagrało swoją wersję utworu. Niefortunnie The Kingsmen odnosili większy sukces, jednak nie można nie docenić widowiska, jakie towarzyszyło każdemu występowi The Raiders. Naciągając, można to nazwać skromnym początkiem glam rocka, gdzie panowie ubierali się w szalone świecące kostiumy i od czasu do czasu podpalali sobie włosy.
W 1964 roku zespół The Kinks dopiero co rozpoczynał swoją karierę. Jego pierwszy hit You Really Got Me został napisany właśnie na podstawie Louie Louie, które też nagrali. Jest to raczej wierna kopia The Kingsmen. Co innego tyczy się wersji The Beach Boys z tego samego roku, która utrzymuje się w charakterystycznych plażowych klimatach zespołu. Innym całkiem oryginalnym podejściem do utworu mogą pochwalić się The Sandpipers w 1966 roku, którzy znacznie zwolnili tempo i stworzyli sentymentalną balladę. Po hiszpańsku. Dla fanów punka polecam wersje The Troggs i The Sonics, którzy nagrali covery podchodzące pod protopunk z surowym, niedbałym wokalem. Szczególnie ciekawie brzmi The Sonics, biorąc pod uwagę, że był to rok 1968.
Przechodzimy do kolejnej dekady. Lata siedemdziesiąte, kiedy każdy szanujący się zespół prędzej czy później zabrał się za ten szlagier. Poczynając od Motorhead z zachrypniętym głosem Lemmiego, The Stooges z krzyczącym Iggym Popem, kończąc na The Clash, gdzie Joe po swojemu interpretuje niezrozumiały tekst. Uwagę jednak należy skupić na Toots & The Maytals, których wersja wyróżnia się na tle innych. Zespół rocksteady z sekcją dęta rozbudował prosty utwór z hipnotyzującym rytmem. Jest to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy cover tego utworu. Dla kontrastu wspomnę jeszcze o Led Zeppelin, z Johnem Paulem Jonesem na Hammondach, które znacznie ubarwiają osłuchany już utwór. Może to kwestia zespołu, ale piosenka brzmi świetnie.
Zespół hardcore punkowy Black Flag dostał wiele pozytywnych recenzji za swoją interpretację. Jednak, biorąc prosty już utwór i nagrywając go w tym właśnie klimacie, do mnie nie przemówili. Można jednak nadrobić straconą minutę i dwadzieścia sekund słuchając The Grateful Dead, którzy dodali pianino i saksofon w połowie występu. Znacznie bardziej przekonujące są te ambitniejsze wersje. Joan Jett nie przeszkadzało, że utwór opowiada o ukochanej i sama się za niego zabrała dorównując i prześcigając niektóre wersje śpiewane przez mężczyzn. Słuchając kolejnej, niezliczonej wersji w pewnym momencie wszystkie zlewają się w jedną całość. Dlatego wykonanie The Fat Boys brzmi świeżo. Hip hop z lat osiemdziesiątych, z charakterystycznym riffem Louie. Punkt za odwagę i kreatywność.
Skoro wykonań Louie Louie jest jedynie tysiąc pięćset, można by pisać i pisać i nic z tego by nie wynikło. Dlaczego właściwie ten utwór jest tak popularny, skoro niczym się nie wyróżnia i nic nowego nie wprowadził do świata muzyki? Jego przewagą jest prostota, łatwy rytm, który od razu zostaje w pamięci. Stał się oczywistością w repertuarze każdego zespołu. Po tylu latach stał się rzeczą świętą. Jedna stacja radiowa w Californi postanowiła grać go na okrągło. Trwało to 63 godziny, bez powtarzania żadnej wersji! Przez kolejne lata będzie jeszcze nagrywany, odnawiany, przerabiany. Jest na tyle neutralny, że każdy po swojemu może go zinterpretować. A najlepsze jest to, że nie jest on wcale taki popularny…
Ula Nieścioruk

BRUCE SPRINGSTEEN



Ulubieniec Ameryki znowu daje o sobie znać! Na szóstego marca zapowiedziane jest wydanie nowego albumu Bruce’a Springsteena pod tytułem Wrecking Ball. Od ukazania się jego ostatniej płyty minęły zaledwie trzy lata, łatwo więc domyślić się, w jakim kierunku kolejny krążek będzie zmierzał. Cofnijmy się zatem parę lat wstecz i przyjrzyjmy się ostatnim dokonaniom słynnego gitarzysty.

Niezmożony Springsteen nie próżnował w ostatnim czasie. W ciągu czterech lat ukazały się na rynku trzy nowe albumy jego autorstwa. Pierwszym z nich jest wydany w 2006 roku We Shall Overcome: The Seeger Sessions. Jest to jedyna płyta w dorobku artysty nie zawierająca materiału autorskiego, lecz zbiór amerykańskich piosenek folkowych, spopularyzowanych swojego czasu przez Pete’a Seegera (urodzonego w 1919 roku i aktywnego muzycznie... do dziś!). Dla wychowanego na rock and rollu Springsteena album był nie lada wyzwaniem, lecz jednocześnie źródłem nowych inspiracji. Pomimo zupełnie odmiennego od dotychczasowego charakteru albumu, nie rozczarował on ani fanów, ani krytyków. Wręcz przeciwnie! We Shall Overcome osiągnął trzecie miejsce w notowaniach amerykańskiego Billboardu, a ponadto otrzymał w 2007 roku statuetkę Grammy za najlepszy tradycyjny album folkowy.

Bruce nie kazał fanom długo czekać na własny materiał. Już rok później światło dzienne ujrzał Magic, piętnasty album studyjny w dyskografii artysty. Ten wrócił do swojego stylu i do E-Street Band, który opuścił chwilowo na czas nagrywania poprzednich krążków. Znów można było usłyszeć charakterystyczną gitarę, pianino i saksofon. Zmian nie uległa również tematyka piosenek - krytykowały one wiele zjawisk społecznych. Warto zwrócić uwagę na utwory takie jak Gypsy Biker, Girls In Their Summer Clothes czy Last To Die, natomiast płytę rozpropagował równie dobry Radio Nowhere. Album pobił popularnością swojego poprzednika - osiągnął pierwsze miejsce na liście Billboard.

Ostatnim do tej pory wydanym krążkiem sprzed trzech lat jest Working On A Dream. Formą i stylem przypomina swojego poprzednika, jednak można zauważyć, że tematyka utworów staje się nieco bardziej optymistyczna, chociaż wciąż porusza kwestie społeczne. Jako single wybrano tytułowe Working On A Dream, następnie My Lucky Day, jednak warto również zwrócić uwagę na This Life i Outlaw Pete. W drugim utworze wyraźnie widać wpływy twórczości z czasów The Seeger Sessions - w łagodnym, lecz rockowym wykonaniu słyszymy wyraźnie folkową historię z rejonów Dzikiego Zachodu. Również ten album cieszył się dużą popularnością – i ten znalazł się na pierwszym miejscu notowań Billboard.

Przyjrzawszy się ostatnim dokonaniom Springsteena można przypuścić, że styl Wrecking Ball nie będzie znacznie odbiegał od dotychczasowej twórczości artysty. Zważywszy na popularność muzyka można również snuć domysły, że album tradycyjnie już zajdzie wysoko na listach muzycznych, a przynajmniej tych amerykańskich. Co do charakteru nowej płyty, to chodzą słuchy, że będzie to najbardziej gniewny album w jego dorobku. Gniewny, ale muzycznie sięgający do folku i gospelu; znowu wracamy do inspiracji Pete’em Seegerem. Od połowy stycznia można usłyszeć promujący singiel We Take Care Of Our Own. Jeśli cała płyta będzie w tym klimacie, będę usatysfakcjonowana. Nie ma co się spodziewać rewolucji muzycznych jak z lat siedemdziesiątych, jednak można oczekiwać kolejnej płyty z solidnym dobrym rockiem. 
Ewa Nieścioruk

Fenomen Lany Del Rey



Jakiś czas temu zrobiło się głośno o amerykańskiej wokalistce Elizabeth Woolridge Grant, znanej jako Lana Del Rey (kombinacja imienia jednej z większych gwiazd złotej ery Hollywood Lany Turner i Forda Del Rey). Jej postać budzi skrajne emocje zarówno wśród publiczności jak i krytyków.
Skąd zatem bierze się ta dziwna fascynacja Laną? Po pierwsze, niewiele wiadomo o niej samej. Jest córką milionera, Roba Granta, chociaż w wywiadach twierdzi, że jeszcze niedawno mieszkała w przyczepie kempingowej i „nie było jej stać na płatki“. Wyznała również, że jej charakterystyczny głęboki kontralt jest skutkiem upadku z drzewa w dzieciństwie i połamania żeber. Wiadomo, że Del Rey ma na swoim koncie EP z 2008 roku zatytułowany Kill Kill i nagrany jeszcze jako Lizzy Grant. Kontrowersje budzi fakt, że został on dość szybko wycofany ze sprzedaży w iTunes. Lana Del Rey narodziła się dopiero przy okazji wydania albumu Born To Die (ukazał się na początku tego roku).
Media dyskutują o jej ustach (poprawiane czy nie?), dzieciństwie, o tym, czy jest ona prawdziwą artystką czy zwykłym produktem stworzonym i promowanym przez sztab profesjonalistów. Mam jednak wrażenie, że gdzieś umyka sprawa najważniejsza, czyli muzyka Lany. Za swoje inspiracje podaje między innymi Kurta Cobaina czy Bruce’a Springsteena, a jej styl określany jest jako „gangsterska wersja Nancy Sinatry“. Jej bezsprzecznie największym atutem jest głos – niski, hipnotyzujący i pełen emocji. Trzeba w dodatku przyznać, że podczas występów na żywo radzi sobie tak samo dobrze, jak w nagraniach studyjnych. Jeśli dodać do tego przyzwoite aranżacje, otrzymujemy produkt łatwo wpadający w ucho, całkiem przyjemny i trafiający do szerszego grona odbiorców.
Del Rey ponoć stwierdziła, że w muzyce powiedziała już wszystko, co chciała poprzez album Born To Die i nie zamierza kontynuować kariery na tym polu. Jak będzie, zobaczymy. Być może stanie się tylko jedną z „ciekawostek“, o których szybko się zapomina albo rozwinie się muzycznie i udowodni, że jest wartościową, samodzielną artystką.
Marta Szczepańska