poniedziałek, 4 marca 2013

SEARCHING FOR SUGAR MAN

Dużo szumu wywołał ostatnio nagrodzony Oscarem w kategorii najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny Searching For Sugar Man. Opowiada nieprawdopodobną i bardzo wzruszającą historię muzyka nazywającego się Rodriguez. Nie jestem pewien, czy ogromna ilość zdobytych przez film nagród czy to, że ta historia jest tak niesamowita, czy inny czynnik na to wpłynął, ale ściany portali społecznościach zapełniły się linkami do jego piosenek, trailerów filmu i notatek prasowych o artyście.
Prawdę mówiąc i chyba wstyd się przyznać, ja też poznałem Sixto Rodrigueza dzięki mojemu koledze, który umieścił link do piosenki Sugar Man na youtube z podpisem: „Lepszy niż Rolling Stonesi, Dylan mógłby mu się kłaniać”. No dobra, bez przesady, skąd znasz takiego człowieka? Pół życia poszukuję nowych inspiracji i jak miałbym nie trafić na tak genialnego muzyka? No właśnie. Jednak, nie miałem szans.
Trudno zrozumieć, że na tym fenomenalnym kompozytorze w najmniejszym stopniu nie poznali się Amerykanie. Tym bardziej dziwi, że w RPA zdobył tak oszałamiającą popularność, zupełnie nie mając tego świadomości. I jak to możliwe, że poza jego muzyką nie wiedziano tam o nim nic? Oczywiście, tego nikt nigdy nie wytłumaczy. Więcej o Rodriguezie można przeczytać w pozostałych artykułach w ostatnim wydaniu RB. Polecam, bo warto poczytać zanim się posłucha. A jak już się zacznie, to słucha się długo.
Z drugiej strony dobrze jednak, że na część rodzących się po zapoznaniu z historią Rodrigueza pytań, nie ma odpowiedzi. Co by było, gdyby nagrał trzecią płytę? Czy byłby to przełomowy krążek w jego karierze? A co by było, gdyby po pierwszej płycie zyskał popularność? Byłby jednym z wielu, którym się udało. Tymczasem jest jedynym, którego historia była tak zwariowana. No właśnie. Czy jedynym? Myślę, że kolejna historia zapomnianego muzyka byłaby świetnym materiałem na film i czeka na odkrycie. Nawet nie mam wyobrażeń, jak mogłaby się potoczyć, wiem jednak czyją historię chciałbym usłyszeć. I nie będę tu oryginalny. Umówmy się, mnóstwo osób chciałoby poznać prawdziwą historię Roberta Johnsona.
Z drugiej strony, bardziej dostępne, jednak nie zgłębione, są historie zespołów z początków karier sławnych muzyków. Na przykład zespół Dust, w którym na perkusji grał Marc Bell (później Marky Ramone). Wydali dwie płyty na początku lat siedemdziesiątych, Dust (1971) i Hard Attack (1972), po czym każdy z muzyków poszedł w swoją stronę. O ile Bell i basista kapeli, Kenny Aaronson, kontynuowali swoje kariery, o tyle słuch o świetnie zapowiadającym się gitarzyście Richiem Wise obdarzonym fajnym, intrygującym głosem zaginął.
Nie mam złudzeń, że historia Wise’a byłaby choć w małym stopniu tak ciekawa jak ta Rodrigueza, chciałem jednak powiedzieć, że Searching For Sugarman Malika Bendjelloula dało mi nową nadzieję i jestem mu za to wdzięczny. Nadzieję i przekonanie, że kiedyś jeszcze spotka mnie tak spektakularne i niespodziewane odkrycie, w co ostatnimi czasy powątpiewałem. I każdemu z Was życzę, żeby na swojej drodze spotkał jakiegoś nowego Sugar Mana.

Michał Piotrowski


Od kilku tygodni mam niezwykle silne przeświadczenie, że żyję w innym świecie – odrobinę lepszym… To za sprawą wybitnego filmu dokumentalnego Malika Bendjelloula Searching For Sugar Man. Ten szwedzki reżyser zobrazował wyjątkową historię, która wydaje się pochodzić z bajki dla dzieci, a na pewno nie ze świata nam znanego. Z ogromną satysfakcją wykrzyczę to każdemu niedowiarkowi – w tryby pieniężno-mechanicznej rzeczywistości, która nie dba o idee i wartości (te niematerialne), los wsadza czasem patyk i uśmiecha się do tych naprawdę wielkich, nawet jeśli na uznanie… ba! choćby zauważenie muszą oni czekać ponad dwadzieścia lat!

22 lutego obraz ten zagościł w polskich kinach i uważam, że z miejsca powinien stać się pozycją obowiązkową dla wszystkich tych, którzy uwielbiają niesamowite i poruszające historie, dla tych, którzy cenią sobie gatunek filmowy, jakim jest dokument, dla tych, którzy chcą obcować z muzyką na najwyższym poziomie, która konsekwentnie omija mainstream. Malik Bendjelloul otrzymał już za swój film nagrodę BAFTA i Nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej. Twórca odwiedził radiową Trójkę przy okazji zamkniętego pokazu przedpremierowego; udzielił wywiadu, który ugruntował tylko moją opinię, że Sixto Rodriguez wielkim muzykiem jest.
Jego historia jest niezwykła. Pojawił się pod koniec lat sześćdziesiątych. Odkryło go dwóch producentów muzycznych w jednej ze spelun Detroit. Nagrał dwie płyty – Cold Fact i Coming From Reality. Wróżono mu zdetronizowanie Boba Dylana, od którego był zdecydowanie lepszy. Pisał niezwykle przejmujące teksty, które śpiewał równie ujmującym wokalem. Nie stało się jednak nic… Płyty w ogóle się nie sprzedały (na konto wytwórni nie wpłynął ani cent ze sprzedaży). Artysta zapadł się pod ziemię. Według miejskich legend miał strzelić sobie w głowę podczas jednego z wielu wygwizdanych koncertów lub też podpalić się przed wrogo nastwioną publicznością. Album Cold Fact podobno przyleciał do RPA w walizce pewnej amerykańskiej turystki. W dobie ludzkiej tragedii, jaką był apartheid, płyta szybko stała się obiektem kultu, przegrywana, kopiowana, aż w końcu legalnie tłoczona na terytorium Południowej Afryki. Na tym niewielkim rynku rozeszła się w nakładzie pięciuset tysięcy egzemplarzy. Rodriguez stał się symbolem obalania apartheidu, był popularniejszy niż Elvis Presley i The Beatles. Afrykańscy fani pragnęli dowiedzieć się czegoś więcej o człowieku, który zagrzewał ich do buntu i z którym tak bardzo się identyfikowali. Chcieli poznać prawdę o tym, w jaki sposób zmarł. Zamiast tego mieli jedynie hipisowskie zdjęcie zdobiące okładkę Cold Fact. Dwóch najbardziej zdeterminowanych fanów postanowiło w latach dziewięćdziesiątych przeprowadzić „śledztwo”. Szczegóły tego przedsięwzięcia najlepiej ukazuje film Benjelloula. Finał poszukiwań powalił na kolana całe RPA. Rodriguez nie zginął. Żyje bardzo skromnie w slumsach Detroit. Wychował trzy wspaniałe córki. Utrzymuje się z pracy na budowie; czasami sprząta ludziom ogródki. Nigdy nie narzeka. Uważa się za człowieka wolnego i szczęśliwego. Nie ma żalu do wytwórni i producentów za to, że nie uczynili jego życia choć odrobinę łatwiejszym. Jest bardzo tajemniczym człowiekiem w ciemnych okularach, który higienę intelektu przedkłada nad wszystko inne (jest absolwentem wydziału filozofii). To ci muzyczni detektywi opowiedzieli mu, jak wiele znaczy dla obywateli pewnego państwa na Czarnym Lądzie. Zorganizowano mu serię koncertów w RPA w wypełnionych dziesiątkami tysięcy halach. Kiedy na lotnisko w Kapsztadzie przyjechała po niego kolumna limuzyn, starał się ją jak najszybciej ominąć sądząc, że to dla jakiegoś „VIPa”. Ani on, ani jego córki, ani nawet bez wahania kupujący bilety fani nie wierzyli w to szaleństwo. Nieżyjący od ćwierć dekady bohater nagle stał na scenie przed najszczęśliwszą publicznością na świecie.
Ścieżka dźwiękowa do tego filmu to tak naprawdę „the best of Rodriguez”. Płyta zatytułowana Searching For Sugar Man zawiera muzykę, która powinna wciągnąć każdego. Uczciwie uprzedzam, że od wielu utworów po prostu nie będziecie mogli się oderwać. Staną się Waszym narkotykiem, bez którego każdy kolejny dzień będzie jakby niekompletny. To czternaście kompozycji, wśród których takie perły, jak Sugar Man (do którego południowoafrykańska cenzura miała niegdyś wybitną awersję), I Wonder czy Cause, które niestety okazało się być prorocze dla samego artysty. To jedna z najsmutniejszych piosenek, jakie w życiu słyszałem. This In Not A Song, It's An Outburst: Or, The Establishment Blues był amerykańską lekcją udzieloną RPA o tym, czym w ogóle jest establishment i jak z nim walczyć. I Think Of You to wspaniałe wyznanie miłości.
Zorientowałem się, że właściwie nawet nie scharakteryzowałem gatunku muzycznego, w którym tworzył Rodriguez. Ale czy to jest w ogóle istotne? Czy szufladki z napisami „blues”, „folk”, „rock”, „country” mają jakiekolwiek znaczenie? Muzyka Sixto Rodrigueza doczekała się czasów, w których pozna ją cały świat. Cały świat pozna się też na jego arcytalencie. Historia jego życia jest najpiękniejszą lekcją pokory i wiary. Historia ta jest prawdziwa. 



  Sebastian Żwan

Płyty: Miles Davis

Tribute To Jack Johnson



Milesa Davisa chyba nikomu nie trzeba przedstawiać – powszechnie znany trębacz wyrobił sobie reputację jednego z najważniejszych muzyków ogólnie pojętego jazzu. Ze szczególnym naciskiem na „ogólnie pojętego”.

Są podzielone opinie na temat jego innowacyjności i kunsztu gry (sam postawiłbym przed nim Clifforda Browna, Freddiego Hubbarda czy Lee Morgana, gdybyśmy mówili o sztuce opanowania trąbki), ale z pewnościa nie można o nim powiedzieć, że trzymał się kurczowo jednego stylu. Był muzykiem-kameleonem, pomimo jazzowych korzeni (muzycznie dojrzewał wśród prawdziwych tytanów jazzu lat 40 i 50, takich jak Charlie „Bird” Parker, Dizzy Gillespie, Thelonious Monk...) doskonale poruszał się w estetyce fusion, rockowej czy hip hopowej. Jednym z jego najmocniej rockowych albumów, jednocześnie obecnie najwyżej cenionych jest Tribute to Jack Johnson. Pech sprawił, że stał się również jednym z najbardziej niedocenionych.

Album Tribute to Jack Johnson był soundtrackiem do filmu dokumentalnego wyreżyserowanego przez Williama Caytona o oczywistym tytule Jack Johnson. Opowiadał on historie tytułowego afroamerykańskiego boksera, słynnego mistrza wagi ciężkiej. Początkowo muzyką do filmu miał się zająć funkowy perkusista Buddy Miles, ale odrzucił propozycję. Davis przyjął robotę z zamiarem napisania muzyki „do tańca” jak to określił w swojej autobiografii (pisał, że ruchy bokserskie kojarzą mu się z krokiem tanecznym). Niestety film, choć zebrał pochlebne recenzje krytyków, nie zdobył popularności, co negatywnie odbiło się na przyjęciu albumu. Davis znany ze swoich uprzedzeń do białych, obwiniał ich o umyślne zaniechanie promocji płyty, podejrzewając, że obawiali się z jego strony konkurencji dla białych muzyków rockowych.

W składzie wystąpili: Miles Davis na trąbce, Hancock na klawiszach, McLaughin na gitarze,  Steve Grossman na saksofonie Sopranowym, Michael Henderson na gitarze basowej oraz Bill Cobham na perkusji. Dodatkowo gościnnie na stronie B usłyszymy Waynea Shortera, Chicka Coree, Zawinula, Dave'a Hollanda i Tonny'iego Williamsa. Znana plejada, której większość już wcześniej zasilała zespoły Milesa, szczególnie te poprzedzające Tribute... czyli słynące z eksperymentów z fusion In a Silent Way czy Bitches Brew. Szczególną role odegrał tutaj McLaughin, który dodał  muzyce brudnego, rockowego, czasem funkującego brzmienia, przywodzącego na myśl lata 60'.

Tribute to Jack Johnson składa się z zaledwie dwóch dwudziestoparominutowych utworów, naszpikowanych improwizacją. Pierwszy z nich – „Right Off” to drapieżny, hardrockowy kawałek. Otwiera go luźna improwizacja McLaughina – Davis instruował go, aby grał tak, jakby „nie potrafił grać na gitarze”. Po 2 minutach z impetem wkracza trąbka Milesa, atakująca słuchacza krzykliwym brzmieniem. Z początku zdaje się prowadzić dialog z gitarą, by zaraz potem wtargnąć na pierwszy plan. Po 10 minutach perkusja i gitary gwałtownie odchodzą, Miles zostaje sam na scenie. Efekt echa dodaje psychodelii jego improwizacji. Nieobecni po chwili wracają wprowadzając do utworu nowego gościa – saksofon sopranowy. To właśnie solówki Steve'a Grossmana należą do moich ulubionych na Right Off. Z wypiekami na twarzy opisałem dopiero połowę utworu, a uwierzcie mi - potem jest tylko lepiej. Na szczególną uwagę w drugiej części zasługują kosmiczne klawisze Hancocka. Jak ktoś kiedyś trafnie napisał – to dla Right Off  warto kupić ten album.

Yesternow jest o wiele spokojniejsze, zaczyna się od wolnego, ale budującego w słuchaczu poczucie napięcia, transowego basu – znany patent, który usłyszeć możemy chociażby w  Miles Runs the Voodo Down z Bitches Brew. Tutaj trąbka (zgodnie z charakterem utworu) wchodzi na scenę dyskretnie. W ślad za nią zakradają się pozostałe instrumenty. W tym kawałku usłyszymy więcej szmerów, „elektrycznego” hałasu.
Całość zamyka wybrzmiewający głos Johnsona „I'm Jack Johnson – heavyweight champion of the world! I'm black! They never let me forget it. I'm black all right; I'll never let them forget it.” czyli „Jestem Jack Johnson – mistrz świata ciężkiej wagi! Jestem czarny! Nigdy nie pozwolili mi o tym zapomnieć. Zgoda, jestem czarny; nigdy nie pozwolę im o tym zapomnieć.”. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że istnieje pewien wspólny mianownik między historią Jacka Johnsona i Milesa Davisa. Tak jak Jack, Miles stanął do walki, walki o zaistnienie w świecie muzycznym, zdominowanym przez białych muzyków, szefów wytwórni, krytyków, jednocześnie zachowując swoją tożsamość Afroamerykanina. I tę walkę wygrał.

Album Tribute to Jack Johnson po latach okazał się jednym z najważniejszych albumów jazz-rockowych. Wielu krytyków nieprzepadających za elektrycznym okresem Milesa ocenia go wyjątkowo pozytywnie. Stanowi wręcz pozycje obowiązkową dla każdego wielbiciela muzyki jazzowej jak i rockowej.

P.S. Jeśli podoba Wam się ta płyta, polecam: In a Silent Way, Bitches Brew, Live-Evil oraz On the Corner.

Krzysztof Kąkol

Płyty: Peter J. Birch

When The Sun's Risin' Over The Town


Debiut Petera Johna Bircha (a właściwie Piotra Jana Brzezińskiego) to solidna dawka folku, country, poezji śpiewanej, a wszystko to okraszone jest lekkimi wpływami bluesa. Krążek zawiera jedenaście kompozycji. Wszystkie one są autorstwa Bircha, który odpowiada także za każdy wybrzmiewający instrument (z wyjątkiem – oczywiście – momentów, w których gości na płycie kilku znamienitych muzyków). Całość rozpoczyna nieco sielankowe Too Far Form The Train. Od razu wprawia słuchacza w „czilałtowy” nastrój. Potem dostajemy Claudette, które rozkochuje w sobie od pierwszego przesłuchania. To utwór, który winien szturmować wszelkie listy przebojów. Na szczególną uwagę zasługuje kompozycja Nine Horses, w której Peter stara się zmienić nieco barwę swojego głosu. Brzmi mroczniej, poważniej… Przyjmuje manierę rodem z Nicka Cave’a i wychodzi mu to… rewelacyjnie! Kolejne numery to soczyste country. W Kentucky Farm Of Chicken „powraca” wokal Cave’a. Młody artysta dowodzi, że świetnie odnajduje się w bardziej lirycznych, miłosnych utworach. Czyni to za sprawą Poetress From Alaska, Wonderful Ballad Of Love (klimatu tej piosence dodają trzaski na początku i na końcu, jak gdyby odtwarzana była z czarnej płyty) oraz Magic Love. Gościnnie wystąpiły w nich Magdalena Noweta i Halla Norðfjörð.

Jestem zachwycony! When The Sun’s Risin’ Over The Town to dzieło totalnie profesjonalne. Ten dwudziestoparolatek bez większej przesady może być okrzyknięty polskim Paulem Simonem. Pasja, jaka przedziera się do słuchacza z każdym kolejnym utworem, nakłada na nas powinność dbania o tę perłę made in Poland.

Sebastian Żwan

Płyty: 12-12-12: The Concert For Sandy Relief

W przypadku premiery tego wydawnictwa pośpiech Columbia Records był jak najbardziej uzasadniony. Niemal 100% dochodu ze sprzedaży ma trafić na konto The Robin Hood Relief Fund, fundacji zajmującej się ofiarami huraganu Sandy, który  pod koniec października zeszłego roku nawiedził Nowy Jork. Zniszczenia, których dokonał szacuje się w miliardach dolarów. W samych Stanach Zjednoczonych żywioł pozbawił życia 131 ludzi.
12 grudnia 2012 roku w Madison Square Garden zgromadziła się śmietanka amerykańsko-brytyjskiej sceny muzycznej, aby oddać hołd Wielkiemu Jabłku i jego mieszkańcom. Koncert był transmitowany na cały świat. Przed wejściem do słynnej hali można było nabywać do ostatniej chwili bilety za dziesiątki tysięcy dolarów. Album dokumentujący ten niezwykły wieczór jest już dostępny!
Dwupłytowe wydawnictwo ukazało sią nakładem Columbia Records. Wyprodukowali je Jim Nolan, John Sykes i Harvey Weinstein. Znalazły się na nim dwadzieścia cztery utwory. Jako pierwszy występuje ikona amerykańskiego rocka – Bruce Springsteen & The E Street Band. „The Boss” wykonał dwa numery – Land Of Hope And Dreams oraz Wrecking Ball. Drugi artysta okazał się być tym, którego już żadna następna gwiazda tego dnia nie pobiła. Roger Waters perfekcyjnie wykonał Another Brick In The Atlantic Wall Part I, II & III, po którym zagrał jeszcze Us And Them, a na koniec, w duecie z Eddiem Vedderem, rozbrzmiało Comfortably Numb. W odróżnieniu od wiwatującego tłumu, mi wokal Veddera kompletnie do tej kompozycji nie pasował. Geniusz grupy Pink Floyd ustąpił na scenie miejsca aktorowi komediowemu, Adamowi Sandlerowi. Do spółki z Paulem Shafferem pokrzepił serca publiczności specjalnie przygotowaną na tę okazję wersją utworu Hallelujah (pojawiają się w niej słowa „Hallelujah! Sandy screw ya!”). Zaskakująco najsłabszą formę zademonstrował Bon Jovi, którego It’s My Life pozostawiało bardzo wiele do życzenia, a Wanted Dead Or Alive było po prostu średnie… O występie Erica Claptona można powiedzieć tyle, że było to solidne rockowe granie. Wykonał Got To Get Better In A Little While oraz kapitalne Crossroads. Pierwszy CD zamyka fragment występu The Rolling Stones. Zespół wykorzystał okazję wystąpienia w Madison Square Garden w ramach mini trasy na pięćdziesięciolecie istnienia grupy. Jagger i spółka wybrali na ten wieczór You Got Me Rocking oraz Jumpin’ Jack Flash. Oczywiście – perfekcja w każdym calu.
Drugą płytę otwiera popowa wokalistka, Alicia Keys. Po jej całkiem w przejmującym No One sceną zawładnęło The Who. Roger Daltrey i Pete Townshend byli właśnie w trakcie amerykańskiej trasy koncertowej, więc byli nieźle rozgrani przed swoim występem. Na początek poszło Who Are You, które od zawsze sprawia, że publiczność popada w wokalny trans. Nie mogło zabraknąć wielkiego przeboju grupy – Baba O’Riley. Na zakończenie swojego setu wybrali wzruszające i idealnie oddające klimat tego wieczora Love, Reign O’er Me. Bardzo profesjonalnie, aczkolwiek niespecjalnie wyróżniająco zaprezentował się Billy Joel. Bardzo ciekawy, bo akustyczny, set wykonał Chris Martin. Poleciały Viva La Vida, cover Losing My Religion oraz Us Against The World.
Mieliśmy już akcenty Pink Floyd, The Rolling Stones, The Who; był też Eric Clapton. Wśród takich gości nie mogło zbraknąć najjaśniejszej z gwiazd. Paul McCartney w duecie z Nirvaną wykonał premierowy utwór Cut Me Some Slack, którego niestety nie zamieszczona na tym albumie. Beatles nie mógł nie zaśpiewać jednego z hitów swojej rodzimej grupy. Zelektryzował publiczność kawałkiem Helter Skelter. W przeciwieństwie do ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Londynie, głos McCartneya się nie załamywał i brzmiał fantastycznie.
Zakończenie koncertu było iście nowojorskie. Na scenie pojawili się wszyscy występujący tego dnia artyści i pod przewodnictwem Alicii Keys odśpiewali Empire State Of Mind. Przez całe show poszczególni muzycy podkreślali swoją miłość do Nowego Jorku. To ogromne zaangażowanie i wielkie emocje, które towarzyszyły wszystkim zebranym 12 grudnia w Madison Square Garden udzielają się już po pierwszym przesłuchaniu tego wydawnictwa, które gorąco polecam.

Sebastian Żwan