czwartek, 1 grudnia 2011

Powtórka z rozrywki: Love Hurts

Wszyscy wiedzą, że ballady świetnie się sprzedają. Często bywa tak, że są najbardziej rozpoznawalną piosenką jakiegoś zespołu, mimo że mało mają wspólnego z resztą repertuaru. Love Hurts można posłuchać w rozmaitych wersjach, od surowego rocka, przez country aż po disco. Po dziś dzień jest chętnie nagrywana, co świadczy o jej ponadczasowości, a może po prostu neutralności.
Historia sięga do roku 1960, w którym to Boudleaux Bryant skomponował i napisał tekst do Love Hurts dla The Everly Brothers. Piosenka utrzymana w charakterystycznej harmonii wokalnej braci Everly nie odniosła jednak sukcesu. Za to już rok później Roy Orbison nagrał ten kawałek w nieco melodyjniejszej wersji. Genialny głos Orbisona sprawia, że utwór jest płynniejszy i przyjemniejszy dla ucha. Dzięki niemu utwór stał się popularny. Wielu błędnie przypisuje prawa autorskie tej piosenki właśnie jemu.
Przejdźmy jednak dalej, do roku 1964 i wersji Marka Wyntera, która wydaje się być bardziej cukierkowa niż poprzednie. Wesoła melodia niekoniecznie pasuje do nieco dobijającego przesłania utworu. Może właśnie dlatego nie odniosła większego sukcesu. Przeskakując o całą dekadę napotykamy się na duet Gram Parsons i  Emmylou Harris. Dzięki harmonii wokalnej, wersja country najbardziej mi przypomina oryginalną wersję, mimo zupełnie innego sposobu wykonania. Jednak, dopiero w 1975 roku, czyli piętnaście lat po pierwszym nagraniu utwór króluje na listach przebojów. A to dzięki zespołowi Nazareth, który moim zdaniem najlepiej wykonuje piosenkę. Dopiero w tej wersji słychać smutek, przygnębienie i rozpacz związaną z miłością i to dzięki Danowi McCafferty’emu i jego zachrypniętemu głosowi.
Zupełnie inaczej podszedł do sprawy Jim Capaldi ze swoją wesołą balladą. Ta wersja nadaje się wyłącznie do puszczania w windzie. Nic tylko się uśmiechać, podskakiwać i śpiewać o tym jaka ta miłość jest nieszczęśliwa. Gorzej być nie może. Na „pocieszenie” można posłuchać Cher, która luźno interpretuje oryginał utrzymując (całe szczęście) sentymentalny klimat. Zmieniając nieco melodię uzyskała świeżą wersję, którą podpasowała pod swój nietuzinkowy głos.
Rzadką wersją jest ta w wykonaniu Journey z gośćmi - The Tower Of Power Horn Section, Tom Johnston z Doobie Brothers i Annie Sampson & Jo Baker ze Stoneground z 1978 roku. Można właściwie stwierdzić, że jest to cover wersji Nazareth, jednak czegoś w nim zabrakło. W latach osiemdziesiątych bodajże nikt nie zmierzył się z tym utworem, pomijając oczywiście wszelkie koncertowe występy. Przesuwając te liczne Nazareth na bok, warto napomknąć o The Who w 1989 roku. Początkowo minimalistyczny, stopniowo się rozbudowuje, pod koniec dodając klawisze, dzięki czemu ta wersja nieco odstaje od reszty. W ten sposób Roger Daltrey oddał hołd zmarłemu rok wcześniej Royowi Orbisonowi.
W latach dziewięćdziesiątych ponownie zaczęto nagrywać ten utwór. Joan Jett w 1990 przymierzyła się z charakterystycznym dla siebie ostrzejszym dźwiękiem. Jednak, porównując to z wykonaniem Bad Romance z 1991 roku, jej wydaje się trochę nijakie. Bad Romance z gościnnym występem Toma Keifera z Cinderelli udało się nagrać chyba najbardziej hard rockową wersję utworu. Zarówno Tom jak i Joanna Dean ze swoimi zachrypniętymi głosami stworzyli doskonały duet, który spokojnie może konkurować z Nazareth.
Przedstawiłam tutaj jedynie kilka przykładów tego utworu, jednak opisywanie każdego w historii mija się z celem. Fakt, iż jest ich aż tyle i to, że artyści z każdego muzycznego kręgu chętnie do niego sięgają świadczy o jego popularności. Nie ma się co sprzeczać na temat najlepszego wykonania, bo każdemu odpowiada co innego. Należy jednak docenić te najważniejsze i wiedzieć skąd one się właściwie wywodzą.
 Ula Nieścioruk

Kobiecy punkt widzenia: Blondie i jej zatrzymany czas

Tym razem artykuł o absolutnie innym wydźwięku niż poprzedni. Pełen podziwu i zazdrości. Zazdrości o piękno i niezniszczalną figurę. Zazdrości o całokształt życia i osiągnięć. Niniejszym przestawiam kobietę, która mogłaby być matką - o ile nie babcią - większości z nas… Deborah Ann Harry. 
Większość z Was zna ją jako Debbie albo Blondie. Co tu dużo mówić - jest ikoną amerykańskiego przemysłu muzycznego. Jedną z najbardziej rozpoznawalnych kobiet świata muzyki, prekursorką girls-punka i jedną z tych, która odcisnęła swoją "szpilkę" tam, gdzie niewielu dotarło.

Debbie urodziła się w 1945 w słonecznym Miami na Florydzie. Po zakończeniu edukacji wyruszyła na poszukiwanie przygód i nowego ciekawszego życia. Jak wszyscy w latach 60. za cel obrała sobie miasto marzeń - Nowy York.  Zaczęła pracę w BBC Radio jako sekretarka. Z czasem wraz ze zmianami posady przyszły też przeprowadzki i tak Debbie była kelnerką w Kansas City, tancerką w New Jersey. Jej niesamowitą urodę docenił sam Hugh Hefner i została Króliczkiem Playboya. Jednak, nie to było szczytem marzeń dziewczyny z Maiami. Chciała śpiewać i pokazać prawdziwą siebie. 

Karierę muzyczną zaczęła w 1968 roku wydając płytę z zespołem The Wind In The Willows (o takim samym tytule). Folkowo rockowe lekkie granie okazało się jednak niewystarczające dla dopiero odkrywającej swoje możliwości Debbie. W 1974 dołączyła do The Stilettos, gdzie poznała Chrisa Steina (bardzo szybko stali się dla siebie kimś więcej niż tylko znajomymi z zespołu; aż do lat 90. byli parą). Współpraca nie trwała jednak zbyt długo - w połowie lat 70. zespół rozpadł się. W 1976 Debbie i Stein nie chcieli dać za wygraną, postanowili pokazać światu, co potrafią. I tak właśnie powstało Blondie. To był istny szał. Zespół został wspaniale przyjęty i stał się numerem jeden na deskach Country, Blue Grass And Blues (klub muzyczny na Manhattanie).  Debbie dała się poznać jako wulkan energii scenicznej, charyzmatyczna liderka zespołu o niezwykłej barwie i sile głosu. Została okrzyknięta matką rozwijającego się trendu muzycznego - New Wave. Zawędrowali na szczyty list przebojów zarówno w Anglii jak i Stanach. Sukces zawdzięczają szczególnie kawałkom takim jak Heart Of Glass czy One Way Or Another. Blondie nagrali 6 studyjnych krążków zanim się rozpadli. Był to cios dla sceny muzycznej lat 80. Jednak, Debbie nie zawiodła fanów i kontynuowała romans z muzyką. Solowa kariera, ku zaskoczeniu wielu słuchaczy, okazała się równie udana jak z Blondie. Artystka nie zawiodła nawet najbardziej wybrednych fanów, dając popis swoich umiejętności wokalnych, a także spełniając się w roli autorki tekstów i muzyki. Pod koniec lat 90. sceną muzyczną wstrząsnęła wieść o reaktywacji Blondie. Oczekiwania sięgnęły zenitu. Grupa weszła do studia i w 1999 oddała w ręce fanów premierowy krążek, który okazał się wielkim sukcesem. Po raz kolejny w swojej karierze Debbie - tym razem z Maria - znalazła się na szczytach list przebojów. Nie spoczęła na laurach, a jej kariera trwa i rozwija się nadal. W zeszłym roku wydała kolejny godny uwagi studyjny album Panic Of Girls. 

Debbie, mimo nieubłaganie upływających lat, nie pozwala sobie nawet na chwilę rozluźnienia. Swoją determinacją i talentem, oczywiście, wywalczyła sobie wiele nagród takich jak miejsce na liście najbardziej wpływowych kobiet świata muzyki VH1's; miejsce w pierwszej dziesiątce najlepszych kobiet rock & rolla VH1's i, rzecz jasna,  zaszczytne 18. miejsce na liście najseksowniejszych kobiet muzyki. Pozycje niepodważalnej gwiazdy ugruntowały jedynki na liście hitów „Billboard Magazine”, „Rolling Stone Magazine” i wielu innych. Dołączyła do elitarnego grona gwiazd, którym udało się zaznaczyć swoją pozycje na szczycie aż przez 3 dekady z rzędu, a w czwartej -  znaleźć się bardzo wysoko. Jak widać dla Deborah Ann Harry czas się zatrzymał i miejmy nadzieje, że nieprędko ruszy.
Martyna Sołtysiak

Prezentacje: Joan As Police Woman


Tym artykułem chciałabym zapoczątkować cykl poświęcony wykonawcom „młodszym“, być może mniej znanym szerszej publiczności, którzy moim zdaniem zasługują na więcej uwagi. Postaram się przybliżyć ich muzykę, karierę, inspiracje, a także wybrać parę utworów najlepiej ich charakteryzujących.

Pierwszym artystą, a w zasadzie artystką, na której chciałabym się skupić jest Joan Wasser, Amerykanka, od 2002 roku współtworząca projekt Joan As Police Woman. Dotychczas pozostawała raczej bohaterką drugiego planu, fani muzyki mogą kojarzyć ją z występów z Lou Reedem, Dave’em Gahanem (Depeche Mode), Eltonem Johnem czy Scissor Sisters. Jest również muzycznie związana z Rufusem Wainwrightem, którego wspomaga podczas koncertów.

Artystka swoją karierę muzyczną rozpoczęła grą na skrzypcach w bostońskim zespole rockowym The Dambuilders. W 1996 roku nagrała również płytę z zaprzyjaźnioną formacją Mind Science of The Mind. Jej kariera solowa rozwinęła się tak naprawdę po założeniu Joan As Police Woman. W projekcie Wasser wspierają Ben Perowsky (perkusista współpracujący z Johnem Zornem) oraz tekściarz, basista i grafik Rainy Orteca (Antony and the Johnsons, White Magic). Debiutancki albumReal Life wydany w 2006 roku został ciepło przyjęty przez krytyków, podobnie drugi, To Survive,powstały dwa lata później. Joan wraz z zespołem nagrała również płytę Cover – co ciekawe, znajdują się na niej zarówno aranżacje utworów takich wykonawców jak Jimi Hendrix czy Iggy Pop jak i Britney Spears.

Wasser sama określa swoją muzykę jako “punk rockowe R&B” lub amerykański soul. Jest to mieszanka klasycznego soulu spod znaku Ala Greena, twórczości Niny Simone oraz eksperymentalnych dźwięków Sonic Youth. Jeśli dodać do tego mocny, charakterystyczny wokal Joan, otrzymamy niepowtarzalny styl formacji Joan As Police Woman.

Nowy album Wasser – The Deep Field – może być dla niej szansą na dotarcie do szerszego grona odbiorców. Jak napisał brytyjski The Sun, jest to „doskonałe połączenie Joni Mitchell i Billie Holliday“. Chyba nie potrzeba lepszej rekomendacji do zapoznania się z muzyką Joan As Police Woman.  


Do posłuchania:
Marta Szczepańska

Zza niemieckiej granicy: Ton Steine Scherben

Wyjeżdżając na rok do Niemiec miałam zamiar popracować nad swoją znajomością języka, poznać ludzi, ich kulturę, przekonać się, czy odpowiadają stereotypom jodłującego Hansa w skórzanych porteczkach i potężnej Helgi z blond warkoczami (odpowiedź brzmi: nie). Po przyjeździe do kraju słynącego z wurstów wpadłam na pomysł dodatkowego poszerzenia moich horyzontów pod względem muzycznym i streszczenia moich odkryć na łamach magazynu. Jak się okazuje, niemiecka scena rockowa to nie tylko Rammstein. Powiem więcej: to my, Polacy (mówię teraz ogółem - sama się pod tą opinią nie podpisuję) ich tak chwalimy; dla Niemców jest to zespół jak każdy inny.


Moją pierwszą ofiarą rozmów na temat zainteresowań muzycznych padła moja współlokatorka, miłośniczka Doorsów i Neila Younga. Pierwszy zespół godny polecenia, który jej przyszedł do głowy, to Ton Steine Scherben. Pod tą tajemniczą nazwą kryje się kultowa grupa znana wśród buntowniczej młodzieży od pokoleń.

Ton Steine Scherben, czyli stłuczone gliniane naczynia. Tym wstępem jak i tekstami swoich utworów muzycy wyrażali sprzeciw wobec zastanego systemu RFN już od 1970 roku. Grupa, na czele której stanął młody charyzmatyczny Rio Reiser, rozpoczęła swoją karierę w Berlinie Zachodnim wykrzykując buntownicze i anarchistyczne hasła. Nie trzeba nawet słuchać ich twórczości, by przekonać się, o czym traktują kawałki kwartetu, same ich tytuły z debiutanckiego krążka Warum geht es mir so dreckig („Czemu czuję się tak podle”) nam do tego wystarczą. Tak oto Der Kampf geht weiter („Walka toczy się dalej”), Solidarität (Solidarność), czy Macht kaputt, was euch kaputt macht („Niszcz to, co tobie zniszczono”) potwierdzają opinię, że twórczość zespołu wyprzedziła o parę lat falę punkową.

Skupmy się teraz na samej muzyce kapeli. Nie znając języka tak dobrze jak polski czy angielski nie jest to zbyt trudne. Pod tym względem zespół reprezentuje typowe rockowe brzmienie lat siedemdziesiątych. Jak by to lepiej określić? Cóż, Keine Macht für niemand („Zero władzy”), a w szczególności jego początek, przypomina nieco The Who. W innych utworach występują również ciekawe momenty gitarowe, których naprawdę przyjemnie się słucha. Polecam Die letzte Schlacht gewinnen wir („Wygramy ostatnią bitwę”), końcową solówkę Mein Name ist Mensch(„Zwą mnie ludzkość“), czy spokojniejszą balladę Halt dich an deiner Liebe fest(„Trzymaj się mocno swojej miłości”). Jedyny zarzut jaki mam do utworów to głos Reisera, który na mój gust jest zbyt krzykliwy i nie współgra z utworami. Co prawda do politycznych haseł kawałków pasuje jak ulał, lecz drażni to moje uszy przyzwyczajone do łagodniejszego wokalu.

Twórczość Ton Steine Scherben, znanych również jako die Scherben albo po prostu TSS, uznawana była jako reprezentacyjna dla ówczesnego pokolenia. W połowie lat siedemdziesiątych muzyków zmęczyła przyczepiona do nich etykieta lewicujących głosicieli antykapitalizmu i zwrócili się w kierunku tematyki bardziej hipisowskiej (miłość i pokój). Przyłożyli się w tym czasie również do nagrania dwóch albumów koncepcyjnych o tematyce homoseksualnej. Kariera zespołu zakończyła się równo po piętnastu latach w 1985 roku, kiedy to grupa popadła w straszliwe długi. Jednak pamięć o nich nie zaginęła i TSS jest uwielbiany przez kolejne pokolenia zbuntowanej niemieckiej młodzieży. W 2000 roku członkowie zespołu się ponownie zeszli (już bez Reisera, zmarłego sprzed czterech laty) i grają koncerty pod nazwą Ton Steine Scherben Family, które wciąż cieszą się dużą popularnością.

Czy warto przesłuchać die Scherben? Osobiście nie przepadam za muzyką zbyt zaangażowaną w wydarzenia polityczne, wtedy to przesłanie przechodzi na pierwszy plan w przeciwieństwie do kunsztu instrumentalnego artystów. Nie można jednak zaprzeczyć, że twórczość tego zespołu coś w sobie ma, ani tymbardziej, że miała duży wpływ na kulturę niemiecką. Proponuję zatem rozwiązanie: dobrze się zapoznać z zespołem, by w czasie przyszłej rozmowy na temat muzyki z obcokrajowcem zaimponować mu tym, że się zna takie alternate kapele.
Ewa Nieścioruk

Koncerty: Freddie Mercury Tribute Concert

Wspominając Freddiego nie sposób zapomnieć  o koncercie poświęconym  jego pamięci, który odbył  się 20 kwietnia 1992 roku. Tego dnia na londyńskim Wembley żyjący członkowie Queen – Brian May, Roger Taylor i John Deacon – zainaugurowali występ, który na zawsze przeszedł do historii muzyki. Muzycy zaprosili do współpracy wybitnych artystów. Celem  widowiska było oddanie hołdu Mercury’emu oraz rozpoczęcie kampanii na rzecz uświadamiania społeczeństwa na temat AIDS. Koncert transmitowały telewizje i radiostacje z 76 krajów świata. Nad sceną górował złoty feniks. Na stadionie znalazły się 72 tysiące szczęśliwców, którzy doświadczyli magicznych przeżyć i którymi targały tęsknota za idolem i świadomość uczestniczenia w czymś wielkim.
Koncert otworzyło Tie Your Mother Down w wykonaniu Joe Elliotta (Def Leppard) i Slasha. Panowie naprawdę bardzo fajnie potraktowali ten kawałek. Elliott śpiewał z młodzieńczą werwą, a Slash już wtedy (a może szczególnie wtedy) uwielbiany był już za samo pokazanie się na scenie. W drugiej kolejności rozbrzmiał, moim zdaniem, najlepszy moment całego widowiska. Na scenie pojawił się Tony Iommi i zaczął wygrywać wspólnie z Brianem Mayem  riff Heaven And Hell. W tym momencie Roger Taylor zaprosił na scenę Rogera Daltreya, który genialnie zaśpiewał I Want It All. Podczas utworu uskuteczniał charakterystyczne dla siebie kręcenie mikrofonem na kablu. Wszystko to wypadło wspaniale. Później było sporo słabiej, bo na scenie pojawił się Zucchero i zupełnie pokpił z Las Palabras De Amor.Hammer To Fall przypadło Gary’emu Cherone (ex-Van Halen), który dał z siebie wszystko, czyli mnóstwo energii i całkiem przyzwoity wokal. Obok Briana Maya na „wiośle” znów grał Tony Iommi. Potem przed publicznością stanął, o zgrozo, James Hetfield i śpiewał – choć to za dużo powiedziane – Stone Cold Crazy. Pomińmy ten marny fragment, aby przejść do chwili, w której Robert Plant zaprezentował Crazy Little Thing Cold Love. Poprzedził je jednak zwrotką z przejmującego zeppelinowskiego Thank You. Jego maniery wokalne idealnie pasowały do tego numeru. Po wykonanym przez Maya Too Much Love Will Kill You pojawił się Paul Young, który „odśpiewał” Radio Ga Ga. Bardzo dobrze wypadł Seal w Who Wants To Live Forever. Pierwszą wokalistką, która weszła na scenę, była Lisa Stansfield. Jej I Want To Break Free pozbawione było tego „pazura”, z którym śpiewał to Freddie, ale nie było złe. Chyba największe owacje przywitały Davida Bowiego, do którego dołączyła Annie Lennox i wspólnie wznieśli się gdzieś ponad ziemię w utworze Under Pressure. Annie zeszła ze sceny, a do Queen dołączyli muzycy Spiders From Mars – Mick Ronson i Ian Hunter. David Bowie pochwycił saksofon i wszyscy wykonali All The Young Dudes, a następnie Heroes – oba numery autorstwa Bowiego. Artysta przed zejściem ze sceny ukląkł i zmówił modlitwę za dusze zmarłych. No i nastał moment, w którym biję się w pierś za moją wcześniejszą pogardę dla George’a Michaela. Ten piosenkarz o śnieżnobiałym uśmiechu i nienagannej fryzurze zaimponował mi fantastycznym 39, swoim duetem z Lisą Stansfield w pięknymThese Are The Days Of Our Lives i bardzo porządnym Somebody To Love. Może znajdą się tacy, którym Zucchero i James Hetfield nie zaszli za skórę swoimi kiepskimi występami, ale zdecydowanie to nie oni byli czarnymi owcami tego wieczoru. Nie mam pojęcia, kto wpadł na pomysł zaproszenia na scenę Axla Rose’a, ale z pewnością tego później żałował. Na szczęście nie miał on sam wykonywać Bohemia Rapsody, a tylko towarzyszyć Eltonowi Johnowi, który z klasą zabrał się za ten najtrudniejszy utwór Queen. To właśnie Elton doznał tego zaszczytu i mógł zaśpiewać następnie The Show Must Go On. Nawet po prawie dwudziestu latach od tego dnia w oku zakręca się łza, kiedy autor Candle In The Wind śpiewa jakby świat bez Freddiego miał się zaraz skończyć. Po czymś tak pięknym… wrócił Axl. Lider Guns’N’Roses wydawał się być najbardziej ignorancki w stosunku do reszty muzyków i zgromadzonej publiczności. Być może nie rozumiał, w czym brał udział. W  We Will Rock You wpadł na scenę w slipkach i kurtce z logo swojego zespołu; jego oczy mówiły: „Jestem Axl Rose i mam was w dupie!”. Ale to wszystko byłoby do wybaczenia, gdyby muzyk powalał swoimi umiejętnościami czy interpretacją tego krótkiego, ale noszącego znamiona hymnu kawałka. Axl Rose nie trafił w ani jedną nutę. Niby tylko chwila z Rosem, ale pozostawia niesmak… Na szczęście na koniec na Wembley pojawiła się bardzo wyjątkowa osoba. Nikt nie mógł zaśpiewaćWe Are The Champions lepiej, z większym szacunkiem i pokorą niż Liza. Liza Minelli, za którą stanęli wszyscy występujący wcześniej artyści. Ta niewielka kobieta „dyrygowała” tym chórkiem gwiazd. Piękna chwila…
Minęło prawie dwadzieścia lat od tego koncertu, a wciąż wzrusza. Po opowieściach wielu ludzi można by pomyśleć, że było to zaledwie tydzień temu. Tego dnia tak wielu uczestniczyło w tym niezwykłym wydarzeniu, nawet jeśli nie mogli stanąć na płycie stadionu Wembley…
Sebastian Żwan

Koncerty: Rival Sons

24.11.2011

Hydrozagadka do luksusowych pubów nigdy nie należała, ale to właśnie w takich ciasnych spelunach, gdzie scena jest na wyciągnięcie ręki można poczuć klimat lat 70. Fakt faktem, nie żyłem w tamtych latach, ale to, co przeżyłem w jakiś sposób utożsamiam z tamtym okresem. Obszarpane kanapy, pełno wrzeszczących gruppies i piwo z wódką wymieszane i rozlane na scenie to zdecydowanie tamte lata.
Byłem jedynym z pierwszych, którzy weszli do środka. Miałem jeszcze szczęście natrafić na próbę zespołu Rust, który supportował gwiazdę wieczoru. Chłopaki z Poznania dali do pieca. Zastanawiałem się, kto powinien kogo supportować. Miłe jest to, że w Polsce nadal są zespoły, które tworzą taką muzykę. Typowo hard rockowy wokal oraz ostre i surowe gitary to ich znak rozpoznawczy. Energicznie wykonany cover Immigrant Song potwierdza tylko poziom, jaki reprezentują. Słychać w ich muzyce inspiracje takimi zespołami jak AC/DC, czego wyrazem jestShow Me (w połowie utwory odniosłem wrażenie, jakbym słuchał Shoot To Thrill).  Going Down to kolejny wymiatacz, tak samo jak You’ve Got It All i reszta utworów. Szkoda, że zagrali tylko siedem utworów, bo naprawdę słuchało się ich z przyjemnością. Jest moc, jest energia i kontakt z publicznością, dlatego życzę chłopakom z Rust kolejnych sukcesów.
Nadszedł czas na gwiazdę wieczoru – Rival Sons. A zaczęli inaczej niż zwykle, bo Sleepwalkerzamiast Torture, które oczywiście później też się pojawiło. Get What’s Coming i All Over The Roadpowaliło wszystkich. Tłum tak szalał, że zacząłem się zastanawiać, czy zaraz nie znajdę się koło perkusji Mickeya. Aby pozwolić nam odetchnąć, zagrali oczywiście Soul i Memphis Sun. Najfajniejsze uczucie tego wieczoru ogarnęło mnie, gdy Jay i Scott mówili coś do publiczności, ja krzyknąłem Burn Down Los Angeles, Mickey to podchwycił i zaczął grać przerywając mowę swoich kolegów. Czułem wtedy kontakt z zespołem, czego niestety brakuje mi na dużych koncertach. Nie mogło zabraknąć również Gypsy Heart, którego domagała się cała publiczność. Po prostu nie mieli wyjścia, jak tylko zagrać ten utwór. Scott Holiday dał popis swoich umiejętności gry na gitarze. Nawet jego kumple z zespołu byli pod wrażeniem, na co wskazywały ich miny. Ostre pogo pod sceną i publika ociekająca potem od skakania i wrzeszczenia to chyba najlepszy dowód na to, że wszystkim podobał się występ. Jedynie Robin pozostawał w cieniu przez cały koncert, ale to świetny facet. Miło się z nim  rozmawiało po koncercie. Właśnie to, co się działo po koncercie, to było dopiero coś. Rozdawanie autografów na piersiach, podrywanie dziewczyn (i nawzajem), Mickey się zakochał i obdarzył całusem jedną z fanek. Potem poszedłem z nimi na browarka, pogadaliśmy chwilę o pierdołach i muzycy ruszyli w stronę Berlina.
Niesamowita noc. Długo będę miał ja w pamięci. Nie widziałem jeszcze tak dobrego, tak mocnego i surowego grania na żywo u żadnego nowego zespołu. Warto pochwalić Rust, bo odwalili kawał dobrej roboty jako support. A co do Rival Sons, to nie mam zastrzeżeń - jest czad, jest power. Może odwiedzą nas znowu w lato na jednym z festiwali. Mam taką nadzieję.
 Dominik Wymysłowski

Płyty: Dropkick Murphys

GOING OUT IN STYLE

Going Out In Style to siódmy album zespoły z Quincy. Wydany został w marcu tego roku, promowany był przez singiel Memorial Day. Dropkick Murphys łączą w swojej muzyce szybkie, energetyczne punkowe riffy z nietypowymi dla tego gatunku instrumentami takimi jak harmonia, dudy, mandolina, banjo i flażolety, często inspirując się ludowymi melodiami irlandzkimi. Jako że wywodzą się z Bostonu, często w ich utworach przewijają się wątki marynistyczne. Od 1996 roku, kiedy powstali, zaskarbili sobie ogromną sympatię publiczności pochodzenia irlandzkiego nie tylko w Stanach, ale na całym świecie. Ich koncerty charakteryzują zielone tłumy przed sceną, na scenie oraz klasyczne pogo.
Album jest równy, nic mu nie brakuje, ma fajną energię i świetne aranżacje. Brak słabych punktów, choć nazwanie go zbiorem absolutnych hitów byłoby przesadą. Jest zbiorem absolutnie fantastycznych, momentalnie wpadających w ucho kawałków. Najlepszym przykładem jest otwierające Hang ‘Em High, chyba najlepsze na całej płycie. Tytułowe Going Out In Style trzyma poziom, ale szczególną uwagę należy zwrócić na nieco spokojniejszy od reszty utwór Cruel. Zamykając oczy przy Climbing A Chair To Bed można przenieść się na prawdziwą irlandzką imprezę. Do odtwarzania w samochodzie polecam Peg O’My Heart. Słucham tego albumu z takim entuzjazmem, jaki udzielał mi się, gdy poznawałem pierwsze trzy płyty Green Day. Jednak Dropkick Murphys, w przeciwieństwie do Green Day, utrzymują świetny poziom na kolejnym już albumie i prawdę mówiąc nie mogę się doczekać następnego.
Może spłycam sprawę, ale wydaje mi się, że Going Out In Style - zresztą jak każdy album kapeli -  świetnie nadaje się na spotkanie przy piwie z kumplami. Sprzyja dobrej zabawie, jednak należy pamiętać, by zbyt zainspirowany irlandzkimi melodiami nie zacząć bawić się jak w irlandzkich pubach.
 Michał Piotrowski