niedziela, 12 lutego 2012

Kartka z kalendarza


3 lutego 1959
„Dzień, w którym umarła muzyka”
Po koncercie w Clear Lake Buddy Holly, J.P. "The Big Bopper" Richardson i Ritchie Valens zginęli w wypadku lotniczym. Ich wynajęty samolot spadł na ziemię krótko po starcie. Cała załoga, łącznie z pilotem samolotu, straciła życie. Holly wynajął samolot w związku z problemami z ogrzewaniem w jego autobusie, którym wyruszył w trasę koncertową. Jeden z muzyków grających z Hollym ustąpił miejsca przeziębionemu „The Big Bopperowi”, który chciał szybciej dostać się do kolejnego miasta.
W 1973 Don MacLean napisał o tym wydarzeniu piosenkę American Pie,  swoisty hołd złożony złotej muzycznej epoce. Samą katastrofę nazwał „dniem, w którym umarła muzyka”.

Paweł Urbaniec

Kobiecy punkt widzenia: Nowe życie Chylińskiej



Wydaje mi się, że każdy wielbiciel, a nawet po prostu słuchacz rocka prędzej czy później poznał kilka zespołów z własnego podwórka. Wśród tych polskich na pewno znalazło się O.N.A. Zespół powstał w połowie lat 90., a jego wokalistka (Chylińska) bardzo szybko zyskała popularność i poszanowanie w świecie muzyki rockowej. Nastoletnia (kiedy powstawał zespół, Agnieszka była świeżo upieczoną osiemnastką) wokalistka, szanowana, podziwiana i lubiana za swój niepowtarzalny i mocny głos. Dodatkowym atutem w świecie muzycznym stała się jej niezależność i ostry, hardrockowy styl życia. Pięć albumów nagranych z O.N.A., z których każdy zyskał co najmniej status złotej płyty, a album Bzzzzz - nawet podwójnej platynowej płyty, zapisało się w historii polskiej muzyki. Kariera solowa, która właściwie - jakby się dokładnie przyjrzeć - z solową ma niewiele wspólnego, bo Chylińska jest zespołem złożonym w większości z muzyków dotychczas grających w O.N.A i wzbogaconym o dwóch nowych, okazała się również sukcesem. Zespół nagrał tylko jedną płytę, Winna, wydaną w 2004 roku oraz 3 single do niej. Wszystko miało się dobrze i zapowiadało się tylko lepiej, płyta się świetnie sprzedawała (dotarła na 2. miejsce listy sprzedaży w Polsce), dotychczasowi słuchacze O.N.A. byli zadowoleni. Cięższa niż dotychczas muzyka trafiła również do innej grupy odbiorców i przyciągnęła dodatkowe rzesze fanów. 

Chylińska nie nagrywa nic więcej, Agnieszka w 2005 znika ze sceny muzycznej i właściwie z życia publicznego. Aż do 2009, kiedy to pojawia się w kasowym programie emitowanym przez TVN - zostaje jurorką Mam Talent!, nie ma żadnej informacji o niej ani jej zamiarach muzycznych.  Lekkim echem odbił się tylko macierzyński debiut - w 2006 roku urodził się syn, Ryszard. I tu zaczyna się nowe życie.... Dochodzimy do momentu, który dla fanów zarówno O.N.A. jak i Chylińskiej całkowicie zmienił biografie wokalistki – rozpoczęła prawdziwie solową karierę. 23 października 2010. Data, którą zapamiętałam jako początek totalnej komerchy i upadek jakichkolwiek wartości muzycznych w przypadku Agnieszki Chylińskiej. Tego dnia wydana została płyta Modern Rocking, która to z tytułowym "rocking" to ma tyle wspólnego, co ja z królową Brytyjską. Popowo-dance’owy gniot, którego sukces muzyczny (o ile to jeszcze nazywamy muzyką) jest czymś absolutnie niezrozumiałym, ale tylko potwierdza, że słowa Michała Piotrowskiego podsumowujące rok 2011 ("Gatunkiem, który zdominował rynek muzyczny w roku 2011 był zupełnie nowy odłam byle czego – chałtura. Zanotowaliśmy wprost proporcjonalny wzrost popularności tego gatunku w stosunku do spadku poziomu dobrego smaku wśród ludności cywilizowanego świata.") są aktualne w stosunku do lat wcześniejszych również. Chwilę po wydaniu singla Nie mogę cię zapomnieć ukazał się teledysk do tego kawałka. To był istny szok. Jestem w stanie zrozumieć zmianę kierunku muzycznego, ale nie całkowite sprzedanie siebie i wszystkiego z tym związanego. Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek zobaczę Chylińską wijącą się po parkiecie jak amerykańskie piosenkareczki pop. Ubraną w body czy cokolwiek by to nie było i śpiewającą, a właściwie to zawodzącą do jakiś dance’owych bitów. Piosenka dobra na szkolną dyskotekę albo szaloną noc w klubie, z której i tak następnego dnia rano nic nie pamiętamy. Ale nie Chylińska!!! No i tu powstaje pytanie nurtujące wszystkich dotychczasowych słuchaczy. Jakim cudem można się tak diametralnie zmienić i jeszcze do tego zdobyć czymś takim platynową płytę? Otóż, można. Zaraz po wydaniu płyty urodziło się drugie dziecko Agnieszki, córeczka Estera. I to właśnie dla dzieci, żeby one miały czego słuchać i mogły podziwiać mamusię i bez wstydu w przedszkolu czy w szkole powiedzieć innym dzieciom, że ich mamą jest TA Chylińska. Czy ja wiem, czy to taki powód do dumy. Ja bym wolała powiedzieć, że moja mama daje czadu w rockowym zespole, a nie że sprzedała swój talent za Mam Talent! czy popowa płytę. Mimo tego wszystkiego, Agnieszkę nadal da się lubić i to boli jeszcze bardziej.
Teraz pozostaje nam mieć tylko nadzieję, że reszta gwiazd rocka w tym kraju nie podzieli losu i ścieżki kariery, którą wybrała sobie Agnieszka Chylińska. No i może, jak dzieci podrosną i zaczną słuchać prawdziwej muzyki, to i ich mama zaskoczy nas ponownie, tylko tym razem pozytywnie.

Martyna Sołtysiak

Hanoi Rocks


Jeśli ktoś myślał, że chłopaki z Ratt czy Poison wyglądają jak kobiety, widocznie nie słyszał o Hanoi Rocks, a konkretniej o wokaliście, Michaelu Monroe. Platynowe blond włosy, pełny makijaż, pomalowane paznokcie i biżuteria to dla niego codzienność. Niby nic nadzwyczajnego, jednak warto podkreślić, że Hanoi Rocks jako jeden z pierwszych powrócił do glamu lat siedemdziesiątych i wykreował go na własny sposób odświeżając wizerunek poprzedniej dekady.
Fiński zespół zaczął zdobywać popularność już w 1981 roku, w którym wydał debiutancki krążek Bangkok Shocks, Saigon Shakes, Hanoi Rocks z którego pochodzi słynne Tragedy i Don’t Never Leave Me, które w 1984 roku nagrali na nowo jako Don’t You Ever Leave Me. Muzycy, łącząc klimat The Clash z łagodniejszą wersją The New York Dolls i domieszką Davida Bowiego, stworzyli coś, co podchodzi pod glam punk. Niezwykle charyzmatyczny Michael Monroe, skaczący po scenie w świecących kostiumach, Andy McCoy (główny autor i kompozytor utworów), wijący się po scenie z gitarą, i zgrana sekcja rytmiczna – Nasty Suicide na gitarze, Razzle na perkusji i Sami Yaffa na basie. W kolejnych latach zespół stawał się coraz bardziej popularny w Wielkiej Brytanii i zadziwiająco uwielbiany w Japonii, gdzie nawet muzyka zespołu była grana w budkach telefonicznych. Grupa dopiero w 1984 roku odniosła sukces w Stanach Zjednoczonych, po wydaniu czwartej płyty, Two Steps From The Move, skąd pochodzą Underwater World, Million Miles Away i wspomniane wcześniej Don’t You Ever Leave Me. Pierwsza amerykańska trasa koncertowa miała być szansą na międzynarodową sławę, a przyczyniła się do rozpadu zespołu.
Kolega po fachu, Vince Neil z Mötley Crüe, urządził u siebie w willi imprezę, na której znaleźli się panowie z Hanoi Rocks (bez Monroe). W momencie wyczerpania zapasów piwa Vince i Razzle, oboje w lekko nietrzeźwym stanie, wybrali się na wycieczkę Fordem Panterą do sklepu po zapasy. Doszło do nieszczęśliwego wypadku, w którym Razzle zginął na miejscu, a Vince nie doznał obrażeń. Zespół długo nie mógł pogodzić się ze stratą perkusisty, który zawsze trzymał ich razem i nieraz ratował przed rozpadem. Trzy tygodnie po jego śmierci odbył się koncert Hanoi, podczas którego Michael Monroe, śpiewając Million Miles Away zadedykowane perkusiście, nie mógł powstrzymać łez. Zespół postanowił grać dalej, jednak ciągle odczuwalna była luka po straconym muzyku. W połowie 1985 roku postanowili zakończyć działalność.
Mimo swojej krótkiej i skromnej kariery, zespół ten uznawany jest za jeden z bardziej wpływowych z tamtych lat i nie chodzi tylko o wygląd. Można znaleźć liczne powiązania z Guns N’ Roses, którzy z resztą często wymieniali Hanoi Rocks jako jedną z największych inspiracji. Widać to po utworach – chociażby świetne Underwater World z tekstem „welcome to the jungle” czy Lost In The City z „take me down to the…”, które ewidentnie były początkiem największych szlagierów Gunsów. No i nie da się nie zauważyć podobieństwa, jeśli chodzi o dobór kapeluszy z pasem kowbojskim, który stał się znakiem rozpoznawczym Slasha…
Jest to jeden z niezliczonych przypadków, gdzie śmierć jednego z członków zespołu momentalnie zadecydowała o końcu jego kariery. Gdyby nie nieszczęśliwy wypadek, zespół mógł stać się jednym z najbardziej znanych z lat osiemdziesiątych. Ale nie ma co gdybać, widocznie tak miało być. Nie pozostaje nam nic innego jak cieszenie się z istniejącego dorobku Hanoi Rocks.

Ula Nieścioruk

środa, 8 lutego 2012

Whisky, Marshall i Rock'n'Roll

Na początku roku świat muzyki obiegła smutna wiadomość o nowotworze jednego z muzyków Black Sabbath, Tony’ego Iommiego. Podczas mroźnych wieczorów stycznia, przy kontemplacji nad sześciopakiem Ciechana, z przyjaciółmi dość często poruszaliśmy temat śmierci muzyków. Bo czy naprawdę musi dojść do tragedii artysty, aby świat sobie o nim przypomniał?
Gary’ego Moore’a, wspaniałego gitarzystę , pożegnaliśmy w tym roku i od razu po jego śmierci posypały się reedycje albumów i DVD z Montrealu. Ludzie od razu ruszyli do sklepów pytając o jego albumy, tak jak to się dzieje teraz w przypadku Szymborskiej. Oczywiście wytwórnie zacierają ręce, ponieważ jest to dla nich duży zysk, szczególnie biorąc pod uwagę zamieszanie z prawami autorskimi zmarłego muzyka. Można nawet uznać, że dla koncernów płytowych jest to pewien rodzaj marketingu i reklamy, podając tu za przykład Jimiego Morrisona, który na polecenie wytwórni pozorował swój zgon wielokrotnie. Frontman The Doors był zmuszony do takich działań, ponieważ sprzedaż albumów spadła i trzeba było czymś zachęcić odbiorców - czymś więcej niż samą twórczością. Michael Jackson. Chociaż jest on postacią pop to nie mógłbym go nie przywołać jako przykład. Wraz z wejściem w nowe millenium  MJ dosłownie zniknął z sceny muzycznej, mając na swoim koncie doskonałe albumy, krocie hitów i ogromną popularność. Ale nagle wszystko ucichło, zaczęły wybuchać skandale i afery w jego otoczeniu. Przez 9 lat nie powstał żaden przebój, który by się przebił na listach MTV, a wcześniej to jego kompozycje dominowały playlisty. Nagle w czerwcu 2009 roku dowiadujemy się o jego śmierci i od razu słyszymy jego stare piosenki w radiu, oglądamy teledyski i kupujemy jego albumy. Ale czemu dopiero teraz, czemu geniusz lub wielkość osoby zaczynamy pojmować dopiero po jej utracie? Na to pytanie ciężko mi było znaleźć odpowiedz nawet po skończonym sześciopaku. Jeśli Wy ją znacie, czekam na wasze maile i opinie pod adresem rockbottom@gmail.com
Nie sposób mi jest również nie odnieść  się  do dwóch aktualnych spraw, które bardzo mnie poruszyły. Mianowicie pierwsza kwestia to Festival Sonisphere 10 maja. I od razu mnóstwo pytań typu „czemu?” do organizatorów. Czemu  10 maja? Przecież pogoda może nie dopisać, a poza tym są wtedy matury. Czemu tylko Metallica, a nie także Slayerem, Antraxem i Megadethem? A druga sprawa to: „Who the fuck is Adam Lambert?” Brian May naprawdę nie rozumie, że Freddiego nikt nie zastąpi i działalność pod szyldem Queen nie ma sensu? To tak, jakby Led Zeppelin się reaktywowało z bębniarzem weselnym za perkusją.  Do usłyszenia za miesiąc.
Dominik Wymysłowski

VAN HALEN

A Different Kind Of Truth


Już jest! Hardrockowy arcydynamit roku pańskiego 2012. Van Halen powróciło w swojej jedynej słusznej odsłonie – z Davidem Lee Rothem za mikrofonem. Wciąż niedowierzam, że to się dzieje naprawdę. Grupa się reaktywowała; nie ma w niej zakochanego w sobie beznadziejnego Sammy’ego Hagara; nie ma w niej roztańczonego zniewieściałego Gary’ego Cherone; wydała płytę i ogłosiła pierwszą – amerykańską – część wielkiego światowego tournée! Moje podniecenie sięga zenitu.

Van Halen to amerykańskie zjawisko powstałe w 1972. Oryginalny skład tworzyli David Lee Roth, Eddie Van Halen, Alex Van Halen oraz Mark Stone (który nie nagrał z grupą żadnego albumu, a w 1978 roku zastąpił go Michael Anthony). Grupa działała do roku 1985. Do tego czasu nagrała sześć studyjnych albumów. Niektórzy uznają ten istniejący później twór vanhalenopodobny za kontynuację tego zjawiska, ale nie była to nawet namiastka prawdziwego Van Halen. Z okazji wprowadzenia do Rock And Roll Hall Of Fame w 2007 roku muzycy reaktywowali kapelę (tę prawdziwą) i ruszyli w trasę. W 2008 roku zespół się rozpadł. Zaledwie rok później doszło do formalnej ponownej reaktywacji, ale dopiero w zeszłym roku „coś” zaczęło się dziać…
Dzisiaj Van Halen prezentuje się następująco: David Lee Roth (jedyny właściwy wokal), Eddie Van Halen (gitara), Alex Van Halen (perkusja), Wolfgang Van Halen (bas). Dotychczas zapowiedziano ponad czterdzieści koncertów zespołu w samych Stanach Zjednoczonych. Ostatni z nich przypada na jeden z ostatnich dni czerwca. Lato w Europie stoi otworem…
Jeśli chodzi o premierowy krążek, to:

A Different Kind Of Truth to trzynaście kawałków. Oczywiście, płyta ta nie pobije genialnego debiutu. Nie wygra też z ponadczasowym 1984. Można ją jednak z czystym sumieniem postawić obok Women And Children First albo Fair Warning. Część utworów powstała na bazie zapisów demo z lat siedemdziesiątych. Jednym z numerów jest She’s The Woman, który powstał w 1976 roku i zagwarantował muzykom kontrakt z Warner Bros. Records.
Całość otwiera singlowe Tattoo. Słyszałem wiele sceptycznych opinii o tym utworze, ale na przekór wszystkim uważam, że jest świetny i im więcej się go słucha, tym bardziej uzależnia. Fajny riff, chwytliwy refren, Roth w formie jak za dawnych dobrych lat. Numer dwa to właśnie She’s The Woman. Wymiatacz, który brzmi jakby się słuchało ich debiutu. You And Your Blues to wcale nie ukłon w stronę gatunku wymienionego w tytule. Mocny kawałek z wymagającymi partiami wokalnymi i bardzo dopracowanymi chórkami panów Van Halenów. China Town to rozpędzony shred. Nieco równoważy go wolniejszy wokal, ale całość i tak nie daje odpocząć. Potem dostajemy trochę glam rockowe Blood And Fire, w którym wokalista nie zapomina o swoim słynnym „UuuuYeahhh!”. Po niezłym Bullethead nadciąga najciekawszy (i najlepszy) fragment krążka. W As Is jest mrożące krew w żyłach intro, połamany riff i szybki wokal. Hit na miarę Everybody Wants Some. Następny kawałek przypadnie do gustu fanom (nieco podkręconych) Mötley Crüe. Jest baaardzo mocny i zdecydowanie na miarę XXI wieku. Honeybabysweetiedoll zaczyna się od dźwięków maksymalnie niedostrojonego radia, a potem leci na przesterach i elektronice. The Trouble With Never to piosenka bardzo zbliżona to Jamie’s Cryin’. W Outta Space Roth balansuje po wysokich rejestrach. Jego pięć oktaw robi swoje. Ciekawostką pozostaje Stay Frosty, w którym zaskakująco dobrze wyszło połączenie hard rocka z bluesem (i gitarą akustyczną). Obok As Is jest to moja ulubiona część płyty. Na zakończenie dostajemy Big River i Beats Workin’. Ten pierwszy utwór właściwie niczym się nie wyróżnia, za to ten drugi rozpoczyna intro do złudzenia przypominające pierwsze sekundy Eruption. Następnie leci jeden z lepszych riffów na całej płycie.
Wersja deluxe tego wydawnictwa zawiera jeszcze cztery bonusy video. Są to akustyczne wersje numerów Panama, You And Your Blues (intro), You And Your Blues (pochodzące z Downtown Sessions) oraz Beautiful Girls. W zapowiedzi jest wydanie A Different Kind Of Truth na LP.

No to wrócili! Czy na dobre? Zobaczymy. Ja zamierzam wyglądać europejskich dat koncertów przy dźwiękach świetnej płyty.

Sebastian Żwan

Wspomnienie Etty James


20 stycznia, po roku walki z białaczką, zmarła Etta James, jedna z największych bluesowych wokalistek naszych czasów. Odeszła w Riverside Community Hospital w Kalifornii, z mężem i synami przy boku.
Kilka słów o życiu i karierze James:
Przyszła na świat w 1938 roku jako Jamesetta Hawkins. Wychowywana była głównie przez rodzinę oraz przyjaciół. Śpiewać zaczęła jako solistka chóru w kościele baptystów, dokąd zaprowadzili ją dziadkowie. Kilka lat później, w San Francisco, założyła grupę The Creolettes, która została odkryta przez Johnny’ego Otisa. Grupa nagrywała razem do roku 1960, kiedy to James rozpoczęła karierę solową w Chess Records. W tej wytwórni nagrała dwa albumy - At Last i The Second Time Around. Albumy przyniosły wokalistce rozgłos (szczególnie cover piosenki Muddy’ego Watersa I Just Want To Make Love To You), jednak sukces szybko doprowadził ją do uzależnienia od heroiny, z którego wyszła dopiero w 1974 roku. Z kolei utwór At Last z debiutanckiej płyty stał się jej “znakiem rozpoznawczym” I był później coverowany przez wielu artystów, w tym Stevie’go Wondera i Ellę Fitzgerald.
Styl Etty zmieniał się na przestrzeni lat. Na początku kariery postrzegana była jako wokalistka R&B.  Za czasów Chess Records dała się poznać jako genialna interpretatorka standardów popowych oraz jazzowych. W ostatních latách głos wokalistki pogłębił się, a jej twórczość zaczęła oscylować w okolicach soulu i jazzu.

W ciągu całej swej kariery Etta James zdobyła sześć statuetek Grammy, pierwszą z nich dopiero w 1994 roku za album Mystery Lady z coverami utorów Billie Holiday. W 1993 roku została wprowadzona do Rock And Roll Hall Of Fame.
Marta Szczepańska

Rychło w czas...


Wiele razy myślałem o czasach, w których przyszło mi żyć. Czasach, w których nie można normalnie funkcjonować bez Internetu, gospodarka ojczystego kraju prężnie się rozwija, kryzysy - światowy oraz ten w strefie euro - pustoszą kieszenie, Grecja na oczach wszystkich powoli bankrutuje, niebawem zacznie się Euro 2012, a prezydent mojego kraju nieustannie żyje w „bulu”. Czasach, w których muzyka otacza mnie zawsze i wszędzie, w każdej chwili mojego życia. Muzyka ze wszech miar zróżnicowana - element, który leży u podstaw mojego zdrowia psychicznego. Pomaga mi podejmować trudne decyzje, godzić się z porażkami i świętować największe sukcesy. Jedyną rzeczą, która różni mnie i moją muzykę jest czas.

Zakładając, że świadomy słuchacz to osoba dojrzewająca, śmiało zaryzykuję tezę, że wiek szesnastu lat to dobry moment na określenie swojego gustu muzycznego. Mój okres dojrzewania akurat przypadł na czasy popularności takich gwiazdek pop jak Britney Spears i Christina Aguilera. Ponieważ wychowywałem się na nieco innych gatunkach muzyki, z trudem przychodziło mi akceptowanie słuchania utworów tych wykonawców w radiu i telewizjach muzycznych. Jako staromodny i  niepostępowy nie znajdowałem zrozumienia w miłości do muzyki wśród moich rówieśników. To nie był zresztą jedyny powód moich późniejszych przemyśleń. Przełom lat 90. i nowego stulecia nie obfitował ani w znaczące występy zagranicznych grup w Polsce, ani też nowa muzyka nie była na tyle interesująca, by poświęcać jej czas. Pomyślałem sobie: „Stary, urodziłeś się nie w tych czasach”, tylko że nie wiedziałem, jakie byłyby dla mnie odpowiednie. Kierując się wcześniejszym kryterium, „szesnastoletniości”, wybrałem jednak rok 1964. Nie jako rok w którym miałbym owe szesnaście lat mieć, ale rok mojego urodzenia. Przenosząc się w świat fantazji nie stawiam ograniczeń, więc niech Anglia będzie moim miejscem urodzenia. Konkretnie Manchester, ze względu na związek z muzykami ze sceny manchesterskiej i tamtejszymi klubami muzycznymi. No właśnie, w naszych czasach pojęcie klubu muzycznego zmieniło znaczenie z miejsca, w którym gra się muzykę na miejsce, gdzie tańczy się do niej, a bogaci niedowartościowani mężczyźni szukają swojej szansy. Po długim namyśle postanowiłem pójść śladem albumów, które są dla mnie w ważne. I tak, po nitce do kłębka, od Zenyatta Mondatta do Back In Black, uznałem, że rokiem mojej szesnastej wiosny zdecydowanie powinien być właśnie rok 1980. Ważny z powodu kilku śmierci, wydanych albumów oraz narodzin. W 1980 roku urodziła się między innymi wspomniana wcześniej Aguilera, niosąca wraz ze swoją twórczością ogólny upadek gustów muzycznych. Możemy to uznać za swoiste przekazanie pałeczki, wszakże w marcu tego roku zmarł tragicznie Bon Scott, wokalista AC/DC, a w grudniu został zastrzelony John Lennon. Warto tez wspomnieć o stracie Zeppelinów – legendarnym Johnie Bonhamie.

Bolesne wydarzenia związane były nieraz z wielkimi sukcesami. Bez śmierci Bona Scotta nie powstałoby Back In Black AC/DC, które sprzedało się w nakładzie prawie pięćdziesięciu milionów egzemplarzy. Swoją drogą, całkiem zasłużenie. Natomiast album Double Fantasy Johna Lennona, wydany w listopadzie, nie odniósłby tak oszałamiającego sukcesu komercyjnego, gdyby nie jeden z psychotycznych fanów muzyka.

W roku 1980 powstał zespół Manowar, co zaowocowało wydaniem pierwszego albumu, Battle Hymns, dwa lata później. Co ciekawe, założyciele tej formacji spotkali się na koncercie Black Sabbath, podczas trasy promującej ich wiekopomne dzieło – album Heaven And Hell - wydane właśnie w roku 1980. W tym czasie swój pierwszy album, nagrany z Randym Rhodesem - Blizzard of Ozz, zawierający takie hity jak Mr. Crowley czy Crazy Train - promował były wokalista Sabbathów – Ozzy Osbourne. O czołowe miejsca list przebojów walczyli również Judas Priest ze swoim legendarnym albumem British Steel. Joy Division świętowało sukces płyty Closer, by za chwilę opłakiwać samobójczą próbę swojego wokalisty, Iana Curtisa. Fani delikatniejszego grania mogli rozkoszować się balladą Romeo And Juliet Dire Straits z albumu Making Movies. Dziewiąty studyjny album, Foolish Behaviour, nagrał Rod Stewart; Def Leppard podbijali sceny z On Through The Night; Motorhead stworzyło jedno ze swoich najważniejszych dzieł – Ace Of Spades; The Clash ruszyło w trasę promującą nowy krążek, a mimo natłoku hitów wybiła się także ABBA ze swoim Super Trouper. Wystarczy dodać, że Nowa Fala Brytyjskiego Heavy Metalu zyskała jeden z najlepszych, a na pewno najbardziej popularnych zespołów – Iron Maiden.

Dziś miałbym czterdzieści osiem lat i, mając za sobą wydarzenia tamtych lat,  mógłbym chadzać na koncerty takich grup jak Dropkick Murphys czy Graveyard z poczuciem, że zamykają one wspaniałą epokę, w której żyłem i której byłem świadkiem.

Prawda jest taka, że są one dziś dla mnie echem lat, które już nie wrócą…

Michał Piotrowski